02 - 05 - 2023

Prezentuję Państwu ostatnią już część opowiadania napisanego przez Witolda Wołyńskiego. Przypomnę tylko, że Autor, korzystając ze wspomnienia jakim podzieliła się z nim jego mama, stworzył opowiadanie. Ostatnia część obejmuje opis swego rodzaju performance'u, który nad jeziorem Świteź przeprowadziła Janina Wołyńska

Dziękuję panu Adamowi Barcikowskiemu za udostępnienie tekstu, za bardzo mily kontakt i za to, że pomyślał o Dźwiękowym Archiwum Kcyni jako miejscu, gdzie można opublikować "Noc na jeziorze Świteź".  Słowa podziękowania kieruję także do wnuka Janiny, pana Rafała Wołyńskiego, za udostępnienie rodzinnych fotografii. 

Justyna Makarewicz / Dźwiękowe Archiwum Kcyni 

 

A teraz? Teraz jest już oczekiwana noc, która już nadeszła. Już się spełnia. Zapadła już ciemność i jest już późna noc na jaką czekała. Przerywa marzenia zadumę. Czas wypłynąć na Świteź. Woła rybaków. Wsiadają we troje do lodzi, poprawiają jej ładunek. Odpływają.

            Łódź płynie. Sunie bezgłośnie po gładkiej toni. Nie ma wiatru. Jest cicho. Czasem tylko plaśnięcie swawolących ryb, czasem tylko plusk wiosła. Sierpniowa noc obsypała niebo gwiazdami. Gwiazdy odbite w wodzie poruszonej biegiem łodzi zdają się mrugać. Niebo jest granatową kopułą obsypaną złotym pyłem, horyzont jest czarnym kręgiem. Nie wie już nawet gdzie jest brzeg od którego odpłynęli.

            Woda otacza ich ze wszystkich stron, woda czarna, przepastna toń. Gdzieś w jej niezmierzonej głębi spoczywa uśpione miasto Świteź pochłonięte przez wodę dla ratowania czci i dusz ludzkich. Gdzieś tam w głębi jak pisze Poeta, nieraz słychać zgiełk bitewny, szczęk oręża i bicie dzwonów. To właśnie Świteź i jej legenda uwiecznione przez Wieszcza, który kiedyś oglądał jezioro nocą, patrząc na księżyc i gwiazdy odbite w wodzie i wiszące na niebie.

Sceneria nocy jest niepokojąca. To co kryje się w głębinach, to co nieznane, stwarza nastrój tajemnicy i powagi. Odmawia modlitwę za dusze czyśćcowe.

            Na zadawane cicho pytania rybaków czy płyną dalej, parokrotnie odpowiada twierdząco. A więc płyną prosto, czy też kołują. Płyną w milczeniu.

Wreszcie uznała, że nadszedł czas. Byli już około dwóch godzin na Świtezi. Odkłada trzymany cały czas w dłoniach talizman-tomik jego wierszy. Prosi rybaków o zapalenie latarni i poprawia ustawione na dnie łodzi butelki z zatkniętymi w nie świecami. Jest ich wiele. Tyle ile lat miał Wieszcz, i jeszcze parę sztuk zabranych tak na wszelki wypadek.

Kupno tych butelek to była cała historia. W hoteliku w Wilnie, kiedy pytała o nie właściciela, ten polecił jej, będącego tam właśnie faktora. Ten starszy już Pan, z brodą, pejsami i w chałacie, jak z kart Elizy Orzeszkowej, okazał się sympatyczny. Owszem wyraził pewne zdziwienie. Bo i na co Panience tyle butelek?

            Te butelki, jeśli tak trzeba, to mogą być  z winem, dobrym rumem lub śliwowicą?! Powiedział to poważno-kpiarskim tonem, a jego mądre oczy zaśmiały się. Tu i ona uśmiechnęła się z żartu. Wtedy poczuła do niego zaufanie i tak to jakoś wyszło, że opowiedziała mu wszystko o swoich planach. Przyjął to ze zrozumieniem. Pojął jej intencje. Spojrzał na nią z życzliwym uznaniem. To był nie tylko kupiec- faktor. W jego oczach pojawił się błysk sympatii i zainteresowania. I jeszcze jakiś szczególny wyraz, jak tęsknota za przygodą, jak podziw. Było w nim w każdym razie zrozumienie dla jej pragnień. Powoli pogładził siwą brodę. Zdawała sobie sprawę, że uznał tą sytuację za niezwykłą.

            Tak. Powiedział tak, i jeszcze raz to powtórzył z powagą. To dobra sprawa to co panienka wymyśliła. Tak. On wie kto to był Adam Mickiewicz. On zna Pana Tadeusza i zna inne poezje Mickiewicza. Bo on to czytał. Tam jest tak pięknie o Litwie kochanej, tam tak dobrze pisze o Jankielu. To wszystko  jest dobra sprawa. Nie ma potrzeby wozić z Wilna tak daleko butelki. On da kartkę do swego wspólnika, też kupca w Nowogródku. Ten już postara się żeby butelki były jakie trzeba na tą okazję i aby świece były, a załatwi też furmankę do podróży na Świteź a i pomoże łódź wynająć. Bo to jest dobra sprawa i każdy pomoże. Bo to jest pozdrowienie dla Poety i pamięć o nim.

            I tak się stało. Po zatrzymaniu się w Nowogródku, po wypadzie do Tuhanowicz, znalazła się nad Świtezią.

            Już pod wieczór nalano do butelek wody aby je obciążyć tak, żeby pływały swobodnie po wodzie z zatkniętymi w nich świecami. Wykonano też pomyślne próby. Przygotowane butelki ze świecami wypełniały znaczną przestrzeń łodzi, w środku, między ławeczkami.

            Teraz, kiedy są już daleko na jeziorze, prosi aby rybacy przestali wiosłować, po czym zaczyna zapalać kolejne świece. Zaczęło się wymarzone Misterium.

            Łódź dryfuje teraz po spokojnej wodzie. Niemal stoi w miejscu, ale bardzo wolno kołysze się na wodzie. Po paru chwilach, cała goreje blaskiem kilkudziesięciu świec. Woda naokoło jest przez to jeszcze bardziej ciemna, wprost czarna i groźna. Nie boi się jednak tajemniczej, czarnej głębi. Przeżywa zbyt silne emocje aby się bać. Zaczyna butelki z zatkniętymi w nich płonącymi świecami puszczać na wodę.

            Migające płomyki zaczynają kołysać się i tańczyć na powierzchni jeziora.

Puszcza na wodę coraz to nowe butelki z płomykami świec, powtarzając bezgłośnie- dla Adama, dla Maryli, dla Adama dla Maryli, dla Filaretów, dla Filomatów mówi powtarzając ich imiona…

            Coraz więcej światełek kołysze się na wodzie. Pływają wśród odbijających się w niej gwiazd, i same odbijają się w ciemnej toni jak w lustrze.

            Łódź wolno dryfuje, ogarnęły ją już ciemności. Wszystkie światełka pływają już na wodzie, a latarnię zgaszono.

Kiedy łódź odpływa od światełek, parę pchnięć wioseł przybliża ją do nich znowu, i tak bez końca.

            Spogląda w zamyśleniu na tańczące na wodzie światełka. W dłoniach trzyma tomik wierszy Poety. Płomyki to oddalają się od siebie, to się do siebie zbliżają. Szeptem powtarza fragmenty wierszy, bo rozumie, że w tym miejscu, o tej porze, trzeba mówić to, co najpiękniejsze. A więc powtarza bardziej głosem serca i duszy niż szeptem ust….. Litwo… Ojczyzno moja, Ty jesteś jak zdrowie…, i jeszcze Odę do młodości…. Potem popada w zadumę.

            Upływają godziny nocy. Płomyki świec migoczą w ciszy. Nad wodą zaczęła unosić się mgła.

            Doznaje wrażenia, że łódź nie płynie już po wodzie, że uniosła się w górę, że płynie poza czasem i przestrzenią, że czas przestał istnieć.

            W myślach mówi do Wieszcza, że to dla Niego. Mówi mu o swej fascynacji, o pięknie tej krainy. Spływa na nią spokój spełnienia.

            Rybacy milczą. I im udzielił się nastrój tej nocy.

            Upływa czas. Płomyki rozpraszają się po wodzie, ale świecą równie jasno jak na początku, a nawet błyszcza coraz silniej, aż rozświetliły i rozpaliły horyzont pasmem purpury, zapalając wody jeziora.

            To na wschodzie błysnęły poranne zorze, zwiastuny wchodu słońca, które rychło wynurzyło się z wód Świtezi.

            Zapowiadał się piękny dzień. Dzień po nocy spełnionych marzeń.

KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ, OSTATNIEJ        


Poprzednia
Powrót do listy aktualności
Następna