20 stycznia 1945
Poczucie odpowiedzialności nawet w niebezpiecznej sytuacji
Napisał Bernd von Bülow (Żurawia), który miał wtedy 11 lat
Co się stało przedtem:
Front zbliżał się szybko i 20 stycznia dostaliśmy w końcu pozwolenie na ucieczkę. Przedtem ucieczka przed Amią Czerwoną była pod karą wzbroniona. 20 stycznia 1945 mój ojciec kazał około godz. 19 zabrać moją matkę i nas czworo dzieci na dworzec w Kcyni, ponieważ miał stamtąd podobno odjeżdżać pociąg na zachód dla rodzin wielodzietnych, dla kobiet w ciąży i niepełnosprawnych. Zima była bardzo mroźna, wtedy były mrozy do 20 stopni poniżej zera. Czekaliśmy długo i wiem, że byłem najbardziej pod wrażeniem czekających na dworcu kobiet w zaawansowanej ciąży. Kiedy przyjechał pociąg koło godz. 2 w nocy, był to otwarty pociąg towarowy – całkowicie oszroniony – do którego trzeba było wchodzić po drabinach. Mówiono o tym, że wyniesiono stamtąd wiele zamarzniętych dzieci. Nasza matka nie chciała wsiąść do pociągu i zadzwoniła pomiędzy 4 a 5 godz. do Żurawi i kazała panu Kubiakowi odebrać rodzinę bryczką.
Przejdźmy następnie do tego, co do dziś mnie porusza:
W tamtych czasach telefony nie były bardzo rozpowszechnione. Poza tym każda rozmowa musiała być łączona przez telefonistkę. Proszę sobie wyobrazić, każda rodzina przygotowywała się do ucieczki, przy pakowaniu, szukaniu środków transportu, także rodzina tej telefonistki pracującej na nocce. Zamiast pomagać w domu, płacząc wypełniała wiernie swoją służbę. Wiele ludzi, w szczególności pracownicy kolei, dokonywali wtedy niemożliwych rzeczy, by ratować ludzi. Ale wszyscy bonzowie partii nazistowskiej, nie mając żadnych skrupułów, uciekali jako pierwsi, pomimo iż krótko przedtem zabronili innym odjeżdżać. Co by było, gdyby nikogo nie było na poczcie w dniu wszechobecnej ucieczki i dwa dni zanim przyszli Rosjanie? Co jakiś czas zastanawiam się nad tym do dziś. Może moja matka wysłałaby mojego brata Haralda (10 lat) i mnie (11 lat) na piechotę na rynek, by zapytać, czy niemiecko-bałtycki lekarz dr Kleinberg mógłby o godz. 4 w nocy zawieźć nas autem do domu, by przekazać postanowienie matki. Wychodzę z założenia, że lekarz nie byłby osiągalny lub samochód by nie działał. W tamtych czasach nie było innych Niemców, którzy posiadaliby prywatny samochód. Co by było, gdybyśmy nocą szli ścieżką 2,5 km do domu, krocząc pod górkę i z górki? (Może nie byłoby całkiem ciemno, bo leżał śnieg. Ileż leżało tam śniegu! Szedł ktoś w ogóle tamtą drogą w ostatnich dniach? A może szlibyśmy dłuższą drogą wiejską, gdzie tak czy owak można by było oczekiwać ślady powozów? Działalibyśmy samodzielnie albo wrócilibyśmy na dworzec do matki, która była w piątym miesiącu ciąży. Co by było, gdyby ktoś z nas potykając się nocą zwichnął sobie nogę? Jako małe urwisy ze wsi nie byliśmy w tamtych czas zbyt tchórzliwi i podjęlibyśmy ryzyko. Ale dalibyśmy rady przy lodzie, śniegu i zimnym wietrze? Tak wiele zależało od tego! Gdyby mój tato odjechał 21 stycznia o godz. 6 rano przyjmując, że rodzina pojechała już pociągiem na zachód – nie do pomyślenia!!! Na szczęście połączenie telefoniczne udało się. Około godz. 5:30 rano matka z dziećmi była znowu w Żurawi i pół godziny pózniej ruszyła kolumna uciekinierów nie wiedząc, że było to pożegnanie na zawsze. To był koniec dziewięsięciu lat obecności rodziny von Bülow w Żurawi, gdzie przez cały czas polscy i niemieccy pracownicy majątku ziemskiego żyli w zgodzie – strata naszej ojczyzny.
Autor: Bernd von Bülow
Przetłumaczyli: Robert Kędzierski i Izabela Błaszczyk