Stanisław Ćwik (na zdjęciu poniżej), ur. 24.03.1907 r. w Wybranowie.
14 września 1939 r. moi rodzice – Stanisław i Julianna mieli ślubować – opowiada Marian Ćwik, syn Stanisława. Niestety, ojciec 27 sierpnia 1939 r. został zmobilizowany do wojska, jechał do Poznania. Był kierowcą w wojsku. Prowadził ciężarówkę wypełnioną żołnierzami, jechali w kierunku Warszawy. Pod Warszawą, ok. 4-5 września mijał uciekinierów, zdążających w tym samym kierunku, do stolicy. Zauważył znajomą z Międzylesia w gminie Damasławek. Zaczął z nią rozmawiać i okazało się, że w czasie tej ucieczki zmarła jej matka, jechała na wozie z tym trupem matki. Lato było tego roku upalne, ludzie podróżowali z zapasami, zabitymi świniakami no i jeszcze ten trup… Smród, upał niemiłosierny – opowiada p. Marian. Ojciec postanowił jej pomóc znaleźć jakiejś miejsce, gdzie można by pochować jej matkę. Odeszli od samochodu i wozu by szukać tego miejsca. W tym momencie naleciały samoloty niemieckie i zbombardowały samochód i okolicę. Stanisław Ćwik został ranny, miał urwane pięty. Po samochodzie z żołnierzami i wozie nic nie zostało. Gdyby nie odeszli …
Oflag w Murnau, 6 czerwca 1943 r.
Ojciec został zgarnięty przez Niemców do szpitala polowego. Trafił do Oflagu w Murnau. Niemcy mieli szacunek do oficerów. Fakt, nie wolno im było nosić pasków, byli odosobnieni, ale żyli. Gdyby trafił na wschód, do Sowietów, od razu by go rozstrzelali. W Murnau był obóz jeniecki dla oficerów, Stanisław Ćwik był podoficerem, w stopniu kaprala. W oflagu pracował na kuchni. Uczył się, wykorzystywał każdą chwilę na naukę. Są takie zdjęcia, gdy mój ojciec siedział przy książkach. Ojciec był dobry z matematyki, fizyki – wspomina pan Marian.
Przedstawienie teatralne przygotowane przez jeńców
Oficerowie nie mieli co z czasem robić, nudzili się – opowiadał ojciec. Wystawiali sztuki, układali przedstawienia.
Pewnego dnia zabrali jeńców do uprzątnięcia terenu po rozwalonym pociągu. W Murnau były tory kolejowe, leżał ten pociąg, wzięli ich do uprzątnięcia złomowiska. Ojciec już wtedy prowadził kuźnię polową. Zrobił oficerom brzytwy z łożysk i oni dzięki temu mieli jak się golić.
Był w tym obozie jenieckim 3,5 roku. Potem trafił na roboty przymusowe do bauera, w głąb Niemiec. Właściciela gospodarstwa nie było – był na wojnie – w gospodarstwie była tylko żona z dziećmi. Pracował w polu, opowiadał, że wozem zaprzęgniętym w woły jechał, by zawieźć mleko. Pracował także jako kowal. Był bardzo pracowity – opowiada p. Marian.
Przed wojną ojciec znał się ze Stanisławem Mikołajczykiem, który pochodził z sąsiedniej wsi. Dlatego po wojnie Stanisław Ćwik nie wrócił od razu do Polski – obawiał się powrotu do kraju rządzonego przez „czerwoną zarazę”. Wrócił na Boże Narodzenie w 1947 r. Nagabywano go wiele razy, by zapisał się do partii. Nachodzono go. Po kolejnych takich namowach powiedział im: „Ja płaszcza na drugą stronę nie przewracam i nie przewrócę”. Ojciec przeżywał to, ale nie opowiadał nam, dzieciom. Czasem coś usłyszałem z tego, co rodzice rozmawiali sobie wieczorem. Mnie nauczył, by nie opowiadać o tym, co się dzieje w domu. Nauczyciele w szkole też mnie wypytywali – jakich bajek słucham w radiu? Odpowiedziałem, że nie mamy radia w domu. Wiedzieli, jakie poglądy ma mój ojciec.
Drugi brat ojca też był w oflagu, zwolnili go, bo miał wypadek. Trzeciego brata, Jana, wzywali na UB do Wągrowca, przesłuchiwali, pytali, gdzie jest brat Stanisław. Po którymś przesłuchaniu wypuścili go w nocy, w samych skarpetkach pieszo wracał 25 km do domu. Mieszkał w Miąży, gm. Damasławek.

ks. Kazimierz Sojka
Po powrocie ojciec był kowalem, robił zawiasy i raszki do wszystkich kościołów w Kcyni: poklasztornego, fary. Z księdzem Sojką mieli wiele wspólnych tematów, bo ks. Sojka ukrywał się w czasie wojny i pracował wtedy jako kowal. Ksiądz Kazimierz Sojka ochrzcił mnie, był częstym gościem w naszym domu.
Pamiętam, jak w 1960 r. wybraliśmy się po śliwki do kogoś z rodziny matki. Przesiadaliśmy się w Popowie-Ignacewie, potem, w drodze powrotnej w Janowcu czekaliśmy 2 godziny na połączenie do Kcyni. Był wrzesień, gorąco jak teraz. Nagle patrzę, a mój tata pada w objęcia jakiegoś faceta na peronie, wypuszcza z ręki koszyk ze śliwkami. Bogdan to ty? Stasiu to ty?
Okazało się, ze spotkał kolegę z obozu jenieckiego – Bogdana Wierzbickiego, przedwojennego inżyniera budowlanego i architekta Kcyni, przed Maciejewskim. Wierzbicki był oficerem. Jaroch Wierzbicki, jego syn, przechował tą brzytew, którą mój ojciec w oflagu wykonał dla kolegi. On się tą brzytwą golił do końca życia – opowiada pan Marian. Uściskali się serdecznie, potem spotykali się wiele razy. Ojciec mnie nie wtajemniczał.
Stanisław i Stanisława Ćwik, rodzice Stanisława
Moi dziadkowie – Stanisław i Stanisława - mieli 10 dzieci – 5 córek i 5 synów. Wzięli ślub w 1880 r. Bracia ojca mieszkali w Dąbrowie i Międzylesiu w gminie Damasławek. Synowie: Franciszek, Jan, Stanisław, Kazimierz, Władysław. Córki: Maria, Władysława, Anastazja, Pelagia, Zofia.
Stanisław, mój dziadek, pochodził ze szlachty. Popełnił mezalians – wziął sobie pannę bez posagu.
W czasie gdy tata był w oflagu, moja mama była na robotach przymusowych za Wągrowcem. Pisali do siebie listy całą wojnę. Ojciec pisał, że nie zamierza wracać i chciał ściągnąć mamę do siebie, żeby do niego przyjechała. Chciał, by wspólnie już wyjechali do Stanów Zjednoczonych.
Jak się rodzice poznali? Przed wojną ojciec miał kuźnię w Wągrowcu. Mama natomiast dojeżdżała do Wągrowca na kursy krawiectwa – zostawiała rower w kuźni i tak się poznali… Jak wrócił z Niemiec wzięli ślub.
Jak to się stało że ojciec osiedlił się w Kcyni? Różewiczowa to była siostra jego matki. Na Poznańskiej w Kcyni mieszkali, jej mąż był bednarzem, beczki robił. Naprzeciwko Różewiczów mieszkali Poczekajowie, rzeźnik z rodziną.
Ojciec prowadził warsztat tam, gdzie była galwanizernia. Otworzył działalność ślusarską i kowalską w 1947 r. Najpierw wynajmował mieszkanie na I piętrze. Na dole prowadził kowalstwo Hieronim Jankowski – przed wojną robił opłotowania cmentarzy, grobów. Gdy zmarł, ojciec przejął zakład, co roku miał 4-5 uczniów. Był pracowity i bardzo dokładny.
Ze swojego dzieciństwa pamiętam, że co sobota, po zamknięciu warsztatu prowadził mnie do fryzjera Polewczyńskiego. Kowal wiadomo, brudny, umorusany przy pracy, ale miał w sobie dbałość, by po pracy być czystym. Dla mnie te wizyty u fryzjera to był koszmar. Pamiętam, fryzjer kładł na fotelu taką deskę, sadzał mnie na niej i zaczynał swoją pracę.
Przed wojną ojciec uczył się w Janowcu Wielkopolskim, w wojskowej szkole kucia koni. Franciszek, starszy brat, był już czeladnikiem, gdy ojciec zaczynał naukę.
W 1961 r. założyli filię POM w ojca warsztacie. Kierownikiem był Wesołowski z Wyrzyskiej. Potem ojciec pracował w Stalówce, był tam majstrem.
Ojciec był bardzo uczuciowy, wiele prac wykonywał bez pieniędzy. Wiedział, co to znaczy być głodnym. Do wszystkiego doszedł swoją ciężką pracą. Znał się na ludziach – umiał tak prześwietlić człowieka. Był bardzo szlachetnym człowiekiem.
Na podstawie opowieści pana Mariana Ćwika opracowała Justyna Makarewicz
Zdjęcia pochodzą z archiwum Mariana Ćwika, Wandy Częstochowskiej



