część 1
Prezentuję Państwu pierwszą część opowiadania, napisanego przez Witolda Wołyńskiego. Autor w pięknej, literackiej formie ujął wspomnienie, którym podzieliła się z nim Mama. To właśnie wspomnienie przed laty zainspirowało Autora do stworzenia tego opowiadania. Dziękuję panu Adamowi Barcikowskiemu za udostępnienie tekstu, za bardzo mily kontakt i za to, że pomyślał o Dźwiękowym Archiwum Kcyni jako miejscu, gdzie można opublikować "Noc na jeziorze Świteź". Słowa podziękowania kieruję także do wnuka Janiny, pana Rafała Wołyńskiego, za udostępnienie rodzinnych fotografii. Dzięki nim wiemy, jak wyglądała Janina w wieku, w którym zafascynowała Ją poezja naszego Wieszcza.
Justyna Makarewicz / Dźwiękowe Archiwum Kcyni
Noc na jeziorze Świteź
Robiło się coraz później. Złocisty poblask zachodzącego słońca zmieniał się w coraz głębszą purpurę. Z horyzontu wypełzał zmierzch, jeszcze czerwieniejący, ale już przechodzący w szarość, za którą postępował mrok a za nim ciemność.
Szybko zbliżały się ostatnie chwile na granicy dnia i nocy. Tak właśnie jednak wszystko zaplanowała i stale jeszcze czekała na nadejście ciemności.
Zrobiło się chłodniej. Siedząc na worku ze słomą podkurczyła nogi, obciągnęła płaszczyk i przytuliła do piersi tomik jego wierszy. Było bardzo cicho. Takiej ciszy spodziewała się w tym miejscu.
Siedzący opodal o kilkadziesiąt metrów dwaj rybacy palili w milczeniu tytoń. Od jeziora niósł się zapach wodorostów, zapach wody, tak dobrze znany jej z dzieciństwa zapach świeżości bijący od jezior.
W takie wieczory przed laty, daleko stąd, w rodzinnej Wielkopolsce, przedłużała często do zmierzchu swój pobyt nad wodą jeziora. Janeczko… Janeczko… Januszku… wracaj dziecko do domu… już chłodno… wołała Matka.
Z ociąganiem odrywała się od swych myśli i marzeń, i trzymając w ręku tomik wierszy, wracała do domu.
Już wtedy, przed laty, wiedziała, że taki wieczór jak dziś musi kiedyś nadejść. Nie wiedziała wtedy jeszcze jak ten wieczór będzie wyglądał, plany tych dni i tego wieczoru dojrzewały latami. Teraz każdy z przeżytych dni tej kilkunastodniowej podróży był tym co sobie wymarzyła.
Wyczerpujący, pełen przeżyć dzień jaki miała za sobą, mino całego zmęczenia, nie odebrał jej wrażliwości na przeżycia związane z odwiedzeniem jeszcze jednego miejsca owianego legendą.
Połysk ciemnej, tajemniczej tafli jeziora, zamkniętej w dalekiej perspektywie czarną ściana lasu, zbliżająca się noc, i to miejsce, tyle razy oglądane w marzeniach, miejsce pełne Duchów Przeszłości, wszystko to robiło wrażenie jak nie z tego świata.
Jak wszystko co widziała w ciągu kolejnych dni, tak i panorama tego miejsca zapadła głęboko jej w pamięć. Wiedziała, że wszystko co oglądała tego dnia, jak i w poprzednich dniach tej podróży, musi widzieć w dwojaki sposób. Musi to wiedzieć i wchłonąć, zapamiętać na wszystkie możliwe sposoby, każdym zmysłem. Musi zabrać ze sobą na zawsze obraz, barwę, zapachy, dźwięki, i nawet dotyk traw, które na wspartej o murawę dłoni zostawiły odciśniętą mozaikę.
Musi to zapamiętać na zawsze, jak każdą chwilę, jak każdy obraz z tych dni.
Pragnęła też, aby widzieć wszystko tak, jak kiedyś widział to On. Patrzeć na wszystko Jego spojrzeniem. Zapamiętać wszystko tak jak zapamiętał to On.
Chwilami znów wracała myślami do rodzinnych stron, skąd w dzieciństwie tak często w marzeniach przybiegała właśnie tutaj. Tam przed laty rodziła się w niej rozbudzona przez rodziców fascynacja osobą Poety, rodził się zachwyt i uwielbienie dla Niego.
Ileż to już lat minęło! Znajdujący się za domem ogród opadł łagodną pochyłością do brzegu jeziora. Wiosną i latem cały ogród barwiły kwiaty i unosiły się w nim cudowne zapachy. Zakwitały jabłonie, wiśnie, śliwy, później bzy, jaśmin i wreszcie lipy. Malwy wystrzeliwały w górę pod oknami. W ciepłe letnie wieczory słodko pachniała maciejka.
Często przy ładnej pogodzie, w późne letnie popołudnia, aż po sam wieczór, siedząc na ławce ogrodowej lub na trawie przy brzegu jeziora, czytała jego wiersze. Zaczytywała się w nich bez końca. Niemalże nie rozstawała się z oprawionymi w zielone płótno tomikami wierszy Adama Mickiewicza, z odciśniętym na nim jego wizerunkiem. Wydane przez Karola Miarkę w Mikołowie na Śląsku, sprowadzane przez Ojca książeczki, były jej nieodstępnymi przyjaciółmi.
W ciągu dnia było jej wszędzie pełno w każdym zakątku domu i ogrodu, i przy rodzicach i z rodzeństwem. Tak chętnie pomagała w pracach domowych, bawiła się, śpiewała i spędzała czas na te dziesiątki sposobów w jakie spędzają go dziewczęta. Najbardziej jednak lubiła te chwile, kiedy mogła wracać do ulubionych wierszy i czytać je bądź recytować rodzicom i rodzeństwu.
Czytywała najczęściej nad wodą, aż do zmierzchu, do tej chwili u schyłku dnia, kiedy zachód słońca zaczynał się roztapiać w szarości.
Czytała wszystko. Jeden raz i jeszcze raz. Grażynę, Konrada Wallenroda, Dziady, Pana Tadeusza, tak po trzykroć, po tysiąckroć pokochała to dzieło, i Ballady i romanse, a wśród nich Świteź, nastrojową ukochaną Świteź, i Sonety Krymskie, i Do M….., i Kurhanek Maryli, i nade wszystko Odę do młodości! Wszystko to tak piękne, najpiękniejsze. Tak często recytowane rodzicom przy akompaniamencie pianina.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
