Przedstawiam Państwu drugą część wspomnień Władysławy Kmiotek, mieszkanki Malic, która w 1947 roku spisała to, co zapamiętała z okresu wojny. Pierwsza część dostępna jest pod linkiem (kliknij).
Na ulicy Polacy ograniczali swój pobyt tylko do koniecznych przejść. Zdarzało się często, że byli potrącani, spychani na jezdnię przez dzieci niemieckie a nawet starszych, byli obrzucani wyzwiskami. Przy spotkaniu znajomych nie zatrzymywali się z nimi, celem zamienienia choćby kilku słów, gdyż to od razu zwracało uwagę Niemców i kierowało pewne podejrzenia. Dla mężczyzn bardzo przykry był obowiązek kłaniania się, obejmował on wszystkich Polaków. Należało się kłaniać Niemcom w mundurach, a czasem, w małych miastach, nawet Niemcom cywilom. Ukłon miał wyrażać szacunek dla rasy wyższej, zatem miał być odpowiednio wykonywany. Już w odległości 3 kroków od danej osoby należało z pewnym uniżeniem uchylić nakrycie głowy. Jeżeli ktoś kłaniał sie niewłaściwie, zmuszany był biciem do kilkakrotnego powtórzenia czynności.

Na zdjęciu: Żołnierze niemieccy w Kcyni, II wojna światowa. Z archiwum Zbigniewa Prusaka
Początkowo Polacy opierali się temu nakazowi, następnie zabezpieczali się w ten sposób, że latem chodzili bez nakrycia głowy, ale i tak wtedy obowiązywał ukłon. Uchylających się od tej czynności bito na ulicy. Niezależnie od tego co pewien czas urządzano ogólne ćwiczenia karne dla Polaków, podczas których ćwiczono kłanianie się. Wyglądało to następująco: Niemcy ustawiali się w niewielkich odległościach od siebie na olbrzymim placu. Polacy musieli obok nich maszerować i przed każdym odpowiednio kłaniać się. Za złe wykonanie ukłonu karano najbardziej ciężkimi ćwiczeniami, poza tym wybierano jednostki bardziej oporne i maltretowano biciem do nieprzytomności. Takie ćwiczenia miały miejsce kilkakrotnie w roku, były dla Polaków przykre i wyczerpujące.

Na zdjęciu: Kartki odzieżowe dla Polaków. Z archiwum śp. Łucji Misiak
Obok ćwiczeń wprowadzano inne kary za nieskładanie ukłonów. Odmawiano Polakom wydawania zezwoleń na przejazd koleją, w ostatniej chwili odwoływano mające się odbyć w kościele nabożeństwo, zabraniano chodzenia do kina itp. Powyższe zarządzenia wydawane były przez władzę, wywieszane w miejscach publicznych. Podkreślano w nich wyraźnie, że przyczyną jest niekłanianie się i że zakaz będzie istniał tak długo, dopóki Polacy nie nauczą się tego zwyczaju. Na przejazd koleją nawet na najkrótszym odcinku potrzebne było Polakowi zezwolenie władz. Zaznaczyłam już, że trudno było dla siebie takie zezwolenie uzyskać. Polacy częściej podróżowali w sprawach służbowych, wysyłani przez swoich pracodawców. Takie podróże do przyjemności nie należały. Już po okienku biletowym trzeba było ustępować Niemcom. W pociągu istniał specjalny wagon przeznaczony dla Polaków. Jednak i tutaj musiano zachowywać się bardzo ostrożnie, gdyż między współpodróżnymi bywali zazwyczaj agenci niemieccy. Oprócz kontroli biletów istniała kontrola przepustek i bagażu przeprowadzana przez policję kolejową. Wypytywano szczegółowo o cel podróży, konfiskowano podejrzany towar. Osoby nie posiadające zezwolenia na przejazd karano pieniężnie i zmuszano do wysiadania na najbliższym przystanku kolejowym.

Na zdjęciu powyżej: przepustka na przejazd rowerem na trasie Kcynia - Potulice i z powrotem. Z archiwum rodziny Dykier.
Przez ciągłe obcowanie z Niemcami Polacy poznawali ich słabe strony. Stopniowo nabierali pewności siebie i nieznacznie wyłamywali się z całkowitej zależności, wyzyskując ogólną u Niemców chęć wzbogacenia się. Kwitło przekupstwo. Mało było Niemców, którzy nie przyjmowali łapówek w jakiejkolwiek formie im podsuwanej, a w zamian starali się pomyślnie załatwić przedłożoną im sprawę. Utarł się zwyczaj, że w urzędach bez przekupstwa nic nie załatwiano. W sklepach istniała wymiana towaru za towar, nawet wtedy, gdy przydziałowych materiałów rzekomo nie było na składzie. System kartkowy nie spełniał juz swojego zadania należycie. Winni byli Niemcy, którzy niezależnie od przekupstwa narzuconego im przez Polaków, kradli i oszukiwali na każdym miejscu stawiając w pierwszym rzędzie interes własny nad dobro państwowe. Polacy pozostający na terenach przyłączonych do Rzeszy, zwłaszcza w małych miastach, byli mniejszością. Wobec siebie występowali solidarnie, udzielali pomoc ukrywającym się czy to przez przetrzymywanie ich we własnym domu, czy też przez wspieranie materialne lub ułatwianie ucieczki. Z czasem jednak ta solidarność została zachwiana. Znalazły się słabsze jednostki, które kierując się różnymi względami uległy Niemcom i pracowały na ich korzyść. Byli to przeważnie ludzie, którym za jakieś przekroczenie groziła kara ze strony Niemców. Darowano im karę za cenę szpiegowania wśród swoich i denuncjacji przed władzami. Polacy stracili zatem wzajemne zaufanie do siebie i ograniczyli swoją działalność do mniejszych rozmiarów.
Autorka: Władysława Kmiotek. Wspomnienia udostępnione przez Grażynę Cieślik
Zdjęcia pochodzą z archiwum Marii Zaworskiej, Łucji Misiak, rodziny Dykier i Kosznik oraz Zbigniewa Prusaka
Zdjęcie na okładce: Władysława Kmiotek (pierwsza z lewej) przed domem w Malicach. Zdjęcie z archiwum Marii Zaworskiej
- koniec części drugiej -