18 - 01 - 2021
Wspomnienia z okresu okupacji - cz. 1

Przygotowując do publikacji wojenne wspomnienia Władysławy Kmiotek (na zdjęciu 3. z prawej, w czasie nauki w gimnazjum w Nakle) chciałam uzupełnić tekst o sylwetkę ich Autorki. Poprosiłam Joannę Zaworską, której babcia Helena była siostrą Władki, o napisanie wprowadzenia. Pani Joanna pisze: 

Władysława Kmiotek urodziła się w 1922 roku w Malicach. Była bardzo zdolna. Mając 3-4 lata biegała za swoją starszą o 5 lat Heleną, moją babcią, do szkoły. Szybko nauczyła się pisać i czytać. Śladem starszego brata (najstarszego w rodzinie) uczęszczała do nakielskiego Gimnazjum. Dojeżdżała pociągiem z Kcyni. Należała do pierwszego rocznika dziewcząt w Gimnazjum w Nakle, któe od 1936 roku stało się koedukacyjne. W 1939 roku skończyła VI klasę. W czasie wojny wraz z rodziną brała udział we wrześniowej ucieczce na wschód. Dotarli do Mogilna i wrócili do Malic. Na początku nie zostali wysiedleni, bo mieli amerykańskie obywatelstwo. Pod koniec września lub na początku października pradziadek Szymon, bojąc się aresztowania, wysłał swoje córki na Podkarpacie, skąd pochodził on i prababcia Zofia. Dziewczęta około 10 miesięcy spędziły u swojej babci w Malinówce i u siostry swej mamy w Haczowie. Pradziadek rzeczywiście został aresztowany, ale wypuszczono go po jakimś czasie, właśnie ze względu na to obywatelstwo. Dziewczęta wróciły do domu. Gdy Stany wypowiedziały wojnę Niemcom, Kmiotkowie (rodzice) zostali wyrzuceni z domu i mieli zostać wywiezieni do GG, ale dobra Niemka, u której musiała pracować Janka, udzieliła im schronienia. Władka, znająca dobrze język niemiecki, w tym czasie pracowała w banku w Kcyni. Mieszkała w wynajętym pokoju. Po wojnie przez krótką chwilę pracowała w szkole w Królikowie. Gdy Edward (najstarszy z rodzeństwa) wrócił z niewoli, dołączyła do niego w Poznaniu. Tam skończyła szkołę i zdała maturę. Edward, który przed wojną studiował na Uniwersytecie Poznańskim, po wojnie podjął studia na Akademii Handlowej. Po otwarciu filii Akademii w Szczecinie tam właśnie kończyli studia. I tam się osiedlili. Władka pracowała w banku. Zmarła szybko, bo w 1986 r., a Edward tydzień później. Jako młoda dziewczyna, jak wynika z kilku zachowanych listów, była romantyczką. Ja ją pamiętam z wizyt u nas i kilku wizyt w Szczecinie. 

Władka Kmiotek w chwili wybuchu II wojny światowej miała 17 lat. Dwa lata po wojnie spisała swoje wspomnienia - to, co zapamiętała z wojennej rzeczywistości. Sumę upokorzeń, szykan, ograniczeń, jakim podlegali Polacy. Opisała także postawę Niemców - zarówno tych, których rodziny znały się jeszcze z przed-wojennej rzeczywistości jak i tych, którzy przybyli w te strony, korzystając z nagle poszerzonej "przestrzeni życiowej". 

Wspomnienia z okresu okupacji 

(spisane w roku 1947 dot. miejscowości Malice i Kcynia)

Jesień roku 1939 zapoczątkowała dla Polaków okres długoletnich zmagań, okres wytężonej i nieugiętej walki z hitlerowskimi najeźdźcami, okres ogromnego wysiłku skierowanego na utrzymanie się przy użyciu, oraz na zabezpieczeniu sobie najprymitywniejszej egzystencji. Każdy z nas bez względu na wiek, płeć, zawód, nastawienie polityczne, miejsce pobytu odczuł na sobie żelazną rękę okupanta, którego dążeniem było złamanie fizyczne i psychiczne narodu polskiego. Dążąc wytrwale do celu nie przebierano w środkach. Stosowano je już od najpierwszych dni wojny. 

Przez cały okres okupacji pozostawałam na terenie obecnego Pomorza we wsi Malice, położonej niedaleko od Nakła, a 80 km od granicy polsko-niemieckiej z '39 roku. Niemcy przyłączyli te ziemie do "Warthegau", dzięki temu stosunki u nas kształtowały się odmiennie niż na Pomorzu. Przedmiotem moich wspomnień będą zatem spostrzeżenia i przeżycia na ziemiach polskich przyłączonych do Rzeszy. 

Wojna zastała mnie w domu rodzinnym w miejscowości wyżej wymienionej. Zajęci byliśmy kopaniem rowów strzeleckich, gdy niespodziewanie zjawiły się nad nami pierwsze samoloty niemieckie. Byliśmy zaskoczeni, gdyż mimo tego, że ogólnie mówiono o wojnie, nikt w jej wybuch nie wierzył. Pracę tego dnia zakończyliśmy wcześniej. Do wsi zdążały tłumy uciekinierów z miasteczek i wsi położonych bliżej granicy. Ulice były zapchane wozami załadowanymi dobytkiem uciekających. Panowało ogólne zamieszanie. Jak najszybciej przedostać się chciano przez linię wojska polskiego, teren spodziewanych bitew, aby w bezpiecznym miejscu przetrwać działania wojenne i po odniesionym zwycięstwie wrócić w swoje strony. Pierwsza fala uciekinierów odpłynęła. Ludność miejscowa pozostała jeszcze na miejscu. Dopiero 5 września łuny płonących dookoła stogów i odgłosy artylerii skłoniły nas do opuszczenia domu. W ogólnym niepokoju zapomniano o sąsiadach Niemcach, których dużo było między nami, a wozy przygotowane mieli również do wyjazdu - zostali cichaczem na miejscu. Zdążaliśmy w kierunku Mogilna, bo droga do Inowrocławia była już całkowicie zatarasowana i nie przepuszczano w tą stronę. Wymijały nas grupy żołnierzy polskich, za nami wysadzano mosty. W okolicach Mogilna nieprzebrane tłumy ludzi, wozów rozstawionych w lasach, po wsiach na drodze zatamowanej dalszą wędrówką. Samoloty niemieckie przelatywały całymi eskadrami, niekiedy zjawiały się pojedyncze, te zrzucały bomby i ostrzeliwały bezbronną ludność. Wśród młodzieży werbowano ochotników do obrony Mogilna. Sytuacja stała się poważna, ludzie zrozumieli, że nie ma celu uciekać dalej. Lotem błyskawicy rozeszła się wiadomość, że Bydgoszcz zajęta. Wiadomość ta została potwierdzona przez radio niemieckie, które nawoływało uciekinierów do powrotu, zaręczając bezpieczeństwo dla ludności cywilnej. Całkowicie załamani ruszyliśmy jedni z pierwszych w powrotną drogę. Wracały tylko kobiety, dzieci i starcy - mężczyźni uciekali dalej w kierunku Warszawy. 

Wracaliśmy małą grupą tymi samymi drogami, którymi jechaliśmy kilka dni temu. Już w najbliższych osiedlach ogromne bramy powitalne, przygotowane przez miejscową ludność niemiecką dla swoich wojsk. Na ulicach stały warty złożone z miejscowych Niemców. Badano nasze dokumenty, przewracano zawartość wozów i rabowano przy tej okazji. Nie poznawaliśmy spokojnych dotąd Niemców, którzy obecnie zorganizowani i uzbrojeni rozpoczęli swoją władzę nad bezbronną ludnością polską. Dochodzili swoich rzekomych krzywd, rabowali, co się dało, znęcali się nad kobietami i dziećmi. Biciem, zamykaniem w piwnicach starali się osiągnąć wiadomości o mężach i synach, a gdy ci wracali mordowano ich bez żadnych dowodów winy, bez sądu.  Wieczorem wpadano do domów, przeprowadzano rewizję, bito do nieprzytomności, a wreszcie zabierano mężczyzn, którzy ginęli bez śladu. Z czasem każdy z powracających musiał zgłaszać się u miejscowej władzy, zamykano go w piwnicy, gdzie pozostawał przez dłuższy czas. Jeżeli miejscowi Niemcy wnieśli przeciwko niemu jakikolwiek zarzut najczęściej nieuzasadniony, to wyrokiem sądu wojennego skazywano go na karę śmierci. Miejscem egzekucji były pola, łąki, gdzie skazańcy sami przed śmiercią kopali sobie groby. Zdarzało się, że wyroki takie wykonywane były publicznie w najważniejszych punktach miasta. Żydów niszczono masowo, rozstrzeliwano wszystkich bez względu na wiek i płeć. Każdy dzień przynosił nowe okrucieństwa. Polacy, zwłaszcza mężczyźni, zamykani byli w obozach, katowani, głodzeni, spełniali najgorsze prace. Wielu z nich ginęło, innych wysyłano do większych obozów, aby zrobić miejsce nowym ofiarom.

Już w październiku '39 r. rozpoczęli Niemcy masowe wysiedlanie Polaków z miast i wsi. Wysiedlanie we wsi obejmowało najpierw okolice bogatsze. Wywłaszczano zamożniejszych rolników, a na ich własnościach osadzano miejscowych Niemców zasłużonych w jakikolwiek sposób dla dobra Rzeszy. Stopniowo wywłaszczanie zataczało coraz szersze kręgi. Likwidowano całkowicie własność polską, osiedlano Niemców przybywających z Rzeszy, z centralnej i wschodniej Polski, Niemców napływających z krajów bałtyckich i bałkańskich oraz z Rosji. Wywłaszczenie dokonywane było planowo, a zawsze celem Niemców było zaskoczenie ludności polskiej. Najczęściej w nocy przyjeżdżało Gestapo, względnie SS-mani do wsi. Ludność zbudzona ze snu nawet czasu nie miała na to, by się ubrać. Pod karabinami opuszczała cały swój dobytek i pędzona była do obozów, a stamtąd wywożona do Gen. Guberni. W dzień zabierano ludzi bezpośrednio od pracy, nie zezwalano nawet na wejście do domu i odpowiednie ubranie na drogę. W chwili, gdy Polacy opuszczali swe zagrody, stały w pobliżu samochody z przybyszami niemieckimi, którzy zaraz obejmowali opuszczone własności. Zastawali wszystko na miejscu, mogli więc dobrze gospodarować. Najczęściej jednak prowadzono gospodarkę rabunkową. Po zniszczeniu gospodarstwa zadłużony Niemiec otrzymywał nowe źródło rabunku, a pierwsze przeznaczano dla innych Niemców albo nawet oddawano pod pieczę pozostałych Polaków, którzy byli zobowiązani zrujnowane mienie podnieść do stanu poprzedniego.  Nie wszystkich Polaków wywożono ze wsi. Niemcy jako "Herrenvolk" potrzebowali ludzi do pracy, więc jako siły robocze zatrzymywali ludność polską częściowo na miejscu. Pozostali Polacy przeznaczeni byli wyłącznie do pracy. "Arbeitsamt" przydzielał ich do poszczególnych gospodarzy, u których stawali się niemal niewolnikami. Polak pracujący na wsi był całkowicie zależny od swego przełożonego Niemca. Za najbardziej niezdrowy kąt przeznaczony mu na mieszkanie oraz za złe wyżywienie pracować musiał ciężko od świtu do nocy, otrzymując miesięczne wynagrodzenie pieiężne w kwocie 12-20 DM. Stosunek pracodawcy Niemca do pracownika Polaka był na ogół wrogi. Od Polaka żądano największej wydajności pracy, zmuszano go groźbami i biciem do wysiłku przekraczającego jego siły fizyczne, co ujemnie odbijało się na zdrowiu - żądano bezwzględnego posłuszeństwa. Za najmniejszy opór, wyrażony nieraz w jakimś słowie niezadowolenia, oddawano pracownika na pewien czas do obozu karnego. Jeżeli przetrzymał wszystkie próby tam stosowane wracał do swojego "pana". Polacy nie mieli żadnych uprawnień, nie mogli odwoływać się do władzy niemieckiej ani u niej szukać obrony przed samowolą swoich "władców". W wielu wypadkach byli bici, maltretowani, głodzeni. Zapadali więc na różne choroby i śmiertelność wśród nich była wielka. W znacznej mierze przyczyniało się do tego złe odżywianie. Polakom podawano oddzielnie posiłki. Składały się na nie suchy chleb z czarną kawą, ziemniaki w łupinach i maślanka oraz inne potrawy bez tłuszczu i koniecznych składników odżywczych. Szczególnie złym traktowaniem Polaków odznaczali się Niemcy - dawni obywatele polscy. W rozmowie używali jedynie języka niemieckiego, szydzili z przykrego położenia Polaków, a chełpili sie zwycięstwami odnoszonymi na frontach. Poglądy swoje wyrażali otwarcie w formie jednostronnych wypowiedzi, w czasie których Polak nie mógł zabierać głosu. O Polakach wyrażali się zawsze źle - przypisywali im wszystkie ujemne cecyh charakteru. Inaczej nie mówiono jak tylko o mordercach i złoczyńcach, powołując się zawsze na "Blutsonntag" w Bydgoszczy [tzw. Krwawą Niedzielę - zamieszki, do jakich doszło w Bydgoszczy w dniach 3 - 4 września '39 roku. Historycy przez wiele lat spierali się co do faktycznego przebiegu, inspiratorów oraz liczby ofiar - zarówno po stronie polskiej jak i niemieckiej. Udowodniono, że inspiratorami zajść w Bydgoszczy byli niemieccy dywersanci. Sprawa zabicia niemieckich obywateli Bydgoszczy została następnie wykorzystana przez propagandę najeźdźcy - dopisek JM]. Polacy rozpoczęli wojnę, dlatego słusznie są gnębieni. Chwilowo pozwala się im żyć. Po wojnie jednak ani jeden Polak nie zostanie na terenie Pomorza i województwa poznańskiego. Zaślepienie i głęboka wiara w zwycięstwo nawet w ostatnich dniach wojny nie pozwalała myśleć inaczej. Spośród mieszkańców wsi wyróżnić należy przybyszów z obcych stron. Ci byli bardziej powściągliwi w wyrażaniu poglądów. Z Polakami obchodzili się łagodniej i w wielu wypadkach mieli do nich większe zaufanie aniżeli do miejscowych "Volksdeutschów". Pisałam dotąd wyłącznie o wsi, ponieważ przez całą wojnę mieszkałam na wsi i stosunki tam panujące są mi znane. Pracowałam jednak w mieście, znam zatem również zachowanie się Niemców w środowisku miejskim i ich stosunek do Polaków. Ludność niemiecka osiedlała sie w polskich miastach stopniowo.Stanowili ją obywatele niemieccy, przybysze z wszystkich krajów europejskich. Ich liczba stale wzrastała, usuwano więc Polaków, wysyłając ich do Generalnej Guberni lub na pracę do Rzeszy. Zakłady przemysłowe, lokale handlowe, warsztaty rzemieślnicze, lepsze mieszkania stawały się własnością Niemców. Polacy przerzucani byli z miejsca na miejsce, wreszcie dochodziło do tego, że 3 rodziny mieszkały w 1 pokoju. Podobnie jak na wsi element polski w mieście służył jedynie do pracy i tylko dlatego zostawiono go na miejscu. Na ogół Polacy uważani byli za dobrych pracowników. Mimo tego stosunek przełożonego do pracownika polskiego był prawie zawsze wrogi. Niemiec widział w Polaku wroga, nie zapominał o tym nawet w chwili, gdy razem z nim pracował przy jednym biurku. Polaka traktował "z góry", nie jako człowieka lecz jak siłę roboczą. Surowy i wymagający zawsze niezadowolony był z ilości wykonanej pracy. Groźbą kary starał się podtrzymywać swój autorytet. W wypadku choroby Polak zwalniany był od pracy jedynie na podstawie świadectwa lekarskiego, które bardzo trudno było uzyskać. Za najmniejsze uchybienie w pracy odsyłano Polaka do "Arbeitsamtu" [tj. urzędu pracy. Niemcy tworzyli A., które zajmowały się całokształtem spraw zwiazanych z zatrudnieniem i  ubezpieczeniem - dopisek JM] albo na policję, gdzie wymierzano mu kary biciem albo odsyłano do obozów karnych. Poza godzinami pracy zmuszano Polaków do wykonywania innych robót: np. budowy dróg, rozbiórki zburzonych domów, do pracy w polu. Pod koniec wojny to zjawisko stało się powszechne. Każdą niedzielę spędzali Polacy na pracy przy okopach. Drugimi miejscem, w którym Polacy czuli całkowitą przewagę Niemców nad sobą, były urzędy. Do urzędu każdy Polak wchodził niepewnie, bo z góry przygotowany był na różne przykrości ze strony urzędników niemieckich oraz wiedział, że długo będzie czekał w kolejce zanim załatwi swoją sprawę. I rzeczywiście kolejki stojące pod drzwiami "Arbeitsamtu" czy w Zarządzie Miejskim albo w innych instytucjach były zawsze długie. Pierwszeństwo mieli Niemcy. Polacy mogli dostępować do urzędnika tylko w chwili, gdy przy jego biurku nie było petentów niemieckich. Traktowani byli źle, często wyszydzani, odsyłani do innych działów aż wreszcie zależnie od kaprysu urzędnika załatwiani lub nie. W późniejszym okresie okupacji można było przekupić urzędnika, a wtedy trudności malały.

Językiem urzędowym był język niemiecki. Kto nie znał języka niemieckiego musiał ze sobą zabierać tłumacza - w przeciwnym razie nie był wysłuchiwany, nawet gdy urzędnik po polsku rozumiał doskonale.

Wyłącznie językiem niemieckim posługiwano się również w sklepach. Klienci polscy byli tutaj traktowani podobnie jak w urzędach. Cierpliwie czekali  na swoje przydziały kartkowe. Niemcy podchodzili z boku i obsługiwani byli jako pierwsi.

Autorka: Władysława Kmiotek. Wspomnienia udostępnione przez Grażynę Cieślik 

- koniec części pierwszej - 

W nawiasach kwadratowych zamieszczono niezbędne wyjaśnienia. Justyna Makarewicz

Zdjęcie na okładce: Okupacyjna pocztówka. Z archiwum Ewy Niespodzianej

Zdjęcie Władysławy Kmiotek z koleżankami - z archiwum Marii Zaworskiej

Poprzednia
Powrót do listy aktualności
Następna