Zbliża się 76. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Przedstawiam Państwu świadectwo napisane przez śp. Henryka Kozłowskiego (1920-2020), kcynianina, powstańca warszawskiego, żołnierza AK, prześladowanego po wojnie za swoją przynależność do Armii Krajowej.
Pan Kozłowski napisał je dla Dźwiękowego Archiwum Kcyni po naszym spotkaniu. Wcześniej powstał także wywiad, który prezentuję Państwu w dziale Nagrania, a zapis tekstowy obejmujący fragment dotyczący Powstania znalazł się na końcu niniejszego artykułu.
To była bardzo ważna dla mnie rozmowa. Nie liczyłam na to, że dane mi będzie rozmawiać z Powstańcem, człowiekiem, który oglądał naocznie to, o czym ja czytałam w książkach.
Mieliśmy jeszcze spotkać się, aby dokończyć rozpoczęte wątki. Potem niestety stan zdrowia pana Henryka nie pozwolił nam na to.
W galerii pod artykułem znajdą Państwo dokumenty Henryka Kozłowskiego, udostępnione przez Powstańca Dźwiękowemu Archiwum Kcyni.
Justyna Makarewicz, Dźwiękowe Archiwum Kcyni
Henryk Kozłowski, Rynek 14, 89-240 Kcynia Kcynia, dnia 17 lutego 2013 r.
Dźwiękowe Archiwum
w Kcyni
Mam ukończone 93 lata. Od urodzenia mieszkam w Kcyni. Po maturze otrzymałem tytuł ekonomisty. Kiedy wybuchła druga wojna światowa, pierwszego września 1939 roku, miałem 19 lat. Pamiętam prawie wszystkie wydarzenia ważniejsze, kłopoty, konieczność ucieczki do Warszawy, tam te kłopoty i Powstanie.... i ten udział w Powstaniu. Walczyłem na Woli i na Starym Mieście. Tak, na Woli, na tym cmentarzu, ten wąwóz, pancerny pociąg, to wszystko mi się przypomina, każdy dzień, każda chwila. Tego się nie zapomina. Ale przeżyłem, żyję do dziś.
W Kcyni, w naszym domu przy rynku nr. 14 Niemcy, żandarmeria urządziła na parterze biuro gdzie przesłuchiwai i męczyli naszych znajomych i bliskich. Idąc z Rynku przejściem, przed skrętem w prawo, na budynku do dnia dzisiejszego są jeszcze ślady od kul karabinów. W tym miejscu Niemcy rozstrzelali naszego przedwojennego burmistrza p. Drożdżyńskiego i innych o których do dziś nic nie wiadomo. Idąc dalej w stronę biura na schodach z cementu Niemcy przewracali i kopali naszych mężczyzn. W ten sposób bili brata p. Olszaka, byłego burmistrza Kcyni. Strasznie katowali jego i innych. To są okropne rzeczy, nie do opowiedzenia. Trzęsie się człowiek kiedy to sobie przypomni. Kiedy przestali bić i katować człowiek nie mógł o własnych siłach iść, we dwóch albo trzech Niemców przenosiło katowanego do piwnicy, która była o kilka metrów niżej. Do tej piwnicy schodziło się pięć stopni w dół. Nieprzytomnego oprawcy rzucali w głąb piwnicy. Po pewnym czasie Niemcy pozwolili przywieźć słomę. Nieprzytomnych tam rzucali. To były okropne tortury. Do dnia dzisiejszego nie mogę tych okropności zapomnieć. W naszym domu na II piętrze mieszkał Niemiec, który pracował w Spółdzielni niemieckiej koło dworca PKP /Genossenschaft/. W pierwszych dniach wojny został burmistrzem niemieckim. On powiedział mi, że mam uciekać, bo jutro przyjdą mnie aresztować. Więc co miałem robić. Pociągiem do Nakła, z Nakła do Bydgoszczy i dalej do Warszawy. 8 grudnia 1939 r. byłem w Warszawie. Tam miałem znajomych, ale nie miałem ich adresów. Zatrzymałem się w hotelu przy Nowogrodzkiej. Dworzec PKP przy Al. Jerozolimskiej róg Marszałkowskiej był w gruzach, więc była możliwość pracy przy odgruzowaniu. Po kilku dniach udało mi się otrzymać adres zamieszkania kolegi i jego rodziny w W-wie przy ul. Promenada. Po kilkunastu tygodniach, po uruchomieniu dworca głównego spotkałem kolegę z Wyrzyska, który pracował tam już od kilku tygodni. Ponieważ było zapotrzebowanie na robotników do przechowalni bagażu, więc zostałem zaraz przyjęty do pracy. Ponieważ już miałem gimnazjum, poznałem coś niecoś języka niemieckiego, było więc mi łatwiej porozumieć się w tym języku, a nawet pogłębić znajomość przez konwersację. Pracując na dworcu głównym spotykałem masę znajomych i bardzo dużo ludzi poznałem. Przysięgę składałem przy ul. Filtrowej. Przechowalnia bagażu była bardzo dobrym miejscem dla konspiracji, lecz również łączyło się to z bardzo dużym niebezpieczeństwem. Rekwirowanie broni i amunicji było bardzo skomplikowane i wymagało dużej obsługi. Musieliśmy się nauczyć poznawać Niemców i po prostu poznawać "kto jest kto". Niemieccy żołnierze w jedną i drugą stronę przewozili dużo broni w swoich plecakach. W końcu Niemcy zorientowali się, że tu kwitnie handel bronią. W czasie jednej z takich rewizji Niemców musieliśmy uciekać, ale handlarzy i tak nie złapali.
- Nie bał się Pan?
- Bałem się. Kto by się nie bał.
Zachowano pisownię oryginału. Oryginał w posiadaniu Dźwiękowego Archiwum Kcyni.
Ciąg dalszy rozmowy - na podstawie zapisu wywiadu.
- Ja się okropnie bałem. Ja byłem młody i głupi, ale zdrów. I to strasznie się bałem, bo byłem tam sam.
- Rodzina została tutaj w Kcyni?
- Tak, moja matka tutaj była. Moja matka prowadziła tutaj sklep.
- Dał jej Pan jakoś znać, że żyje w tej Warszawie, przysłał Pan jakąś kartkę, że żyje?
- Tak, bo to już poczta chodziła. Poczta była czynna, no to kontakt był. Jak już się zaklimatyzowałem w Warszawie z tym Zdzichem Sadowskim, to on mnie ściągnął do AK. Tam na Filtrowej składałem przysięgę. No i tak się to powiodło. No i to Powstanie i tak dalej.
- Powstanie gdzie Pana zastało? Jak wybuchło Powstanie to Pan walczył głównie na Woli?
- Proszę Panią, ja miałem mieszkanie na Senatorskiej 36/18.
- To w samym centrum, przy Parku Saskim...
- Senatorska, tam był Szpital Maltański. Jak tu jest szpital, to tu było moje mieszkanie. Także do Szpitala miałem blisko. Tam też kontakt był. To były bardzo ciekawe dni.
Zaświadczenie H. Dykiera ze Szpitala Maltańskiego z pieczątką ul. Senatorska 40 - nieopodal mieszkania p. Henryka. Z archiwum rodziny Dykier i Kosznik
- Ale był rzeczywiście na początku taki entuzjazm, to, co opisują powstańcy w swoich wspomnieniach?
- Było zadowolenie, tak. Bo ja w Powsinie [miejscowość pod Warszawą - dopisek JM] miałem taki sklep, mydlarnię, perfumerię taką. No i z Powsina dostałem cynk, miałem się zgłosić na Waliców, tam była ta Fabryka Domańskiego, Lemoniada. [ul. Waliców 9 i 11 - A. Domański prowadził browar i wytwórnię lemoniady od 1897 r. Budynki były dzierżawione do Banku Handlowego, który był właścicielem posesji. Wcześniej działał tam browar Hermana Junga - dopisek JM] (Więcej na temat składu piwa i wytwórni lemoniady A. Domańskiego - kliknij w link.)
- Tam mieliście zbiórkę?
- Tak, pierwszego miałem się tam stawić na godzinę drugą. Ale dopiero o szóstej dotarłem. Ja byłem w innej kompanii, ale trafiłem właśnie do "Parasola". Na Waliców, tam na Parasola i tam mnie przyjęli. O godzinie 18. się tam stawiłem, no i oni zdziwieni, co ja tu szukam, no ale przedstawiłem się tak, że mnie przyjęli. No i z nimi szedłem. Walczyłem z nimi na Woli i na Starym Mieście.
Na zdjęciu: Waliców od Chłodnej. Odwrót oddziałów powstańczych z Woli do Śródmieścia. Fot. Stefan Bałuk. Źródło zdjęcia: www.fotopolska.pl
- Pamięta Pan coś z tego okresu masakry na Woli? Te brygady Ukraińców, ludzi Dirlewangera?
- To było okropne, ci Łotysze. No i potem na Młynarskiej. Bo my na barykadę chodzili na Młynarską. Ci Łotysze to okropna banda, straszne rzeczy.
- To byli zwolnieni z więzień mordercy, prawda? Mordercy, których zabrano do specjalnej kompanii?
- Tak.
- Kapitulacja Powstania. Trafił Pan do obozu?
- Czternastego dnia szedłem na Bielańską, do Banku Polskiego. Bielańska, wie Pani, Bank Polski tam był. No i tam przez te gruzy przeszliśmy. No i Niemcy tam byli. Jak mnie tam zobaczyli, bo ja byłem w panterce jeszcze, rozebrali mnie, szybko przebrali i za cywila. Miałem taką czapkę gimnazjalną.
- Z takim otokiem?
- Tak, z takim czerwonym otokiem. Kolejarze nosili też takie czapki. Miałem ten pistolet i to wszystko, poszliśmy do góry, i tam w łazience Sierpińska ukryła tą broń. No, ale to wszystko się spaliło potem. Pani Sierpińska z Grudziądza. No, ale już potem nie miałem z nimi kontaktu. Iza [Sierpińska - dopisek JM] biedna do Ravensbruck trafiła.
- Skończyło się Powstanie i trafił Pan do Kcyni czy dalej był Pan w Warszawie ?
- Nie, proszę Panią. Jak Niemcy tam już uciekali to ja wozem (jakoś trochę z Rosjanami i Polskie Wojsko), dojechałem do Inowrocławia i tam nocowaliśmy gdzieś. Przyjechałem do Kcyni w lutym, 23 lutego czy któregoś tak byłem.
(...)
- Czy Pan miał jakieś represje wynikające z tego, że był Pan w AK?
- Siedziałem trzy miesiące z wyrokiem śmierci w Szubinie.
- Który to był rok?
- 1946.
- 46, czyli jeszcze przed odwilżą. I co, zwolnili Pana? Jak to się stało, że Pan wyszedł?
- Heniu Trzebiński, ten adwokat, mnie wyciągnął. Udało się.
- Jak to jest siedzieć z takim wyrokiem?
- Siedziało się.
- Wszyscy w celi byli z takim wyrokiem czy to były izolatki?
- Nie, dwóch. Ja byłem u góry, pryczę miałem. A ten drugi był na dole. I takśmy siedzieli. Niedużo, bo trzy miesiące. Stamtąd zabierali, rozwalali na cmentarzu dwóch czy trzech zabili i do dzisiaj pewnie nie wiadomo, kto to jest. Że to AK-owcy byli. W Szubinie. Były ciężkie czasy.
- Przesłuchiwano Pana, i co, oskarżano Pana o szpiegostwo czy jakie były zarzuty ?
- Strasznie. Nie, o wszystko, o przynależność do AK. Ale mieli jakoś wiadomości, wiedzieli, że z Wilanowa. Ale to wie Pani, oni sobie tam kombinowali, ale może jacyś warszawiacy donieśli. Także było ciężko. Ale Heniu Trzebiński tam mnie … no w ogóle miałem trudno, bo to w tamtym czasie wyzywali, bili.
- To byli Polacy? Tak?
- Młode chłopaki, Polacy. Jakbym w mordę strzelił, to bym go pewnie zabił, a on się pastwił nade mną.
- To jest dla mnie największy dramat, wie Pan? Że to też byli Polacy. Że to nie był okupant, ktoś innej narodowości, tylko Polak Polakowi...
Dlatego, Pani, wstrętu nabrałem do komunistów. Bo w czasie powstania walczyłem na Nowym Mieście, z młodym takim synem tramwajarza. I wie Pani? Ciekawa rzecz. On mówił: Słuchaj, mój ojciec opowiada, nie wierz, bo to okropna komuna, zobaczysz jakie będzie bicie, terroryzowanie, nie wydawajcie się, że jesteście z AK. Bo oni AK-owców będą… Przecież w tym czasie na Zamku, jak Rosjanie weszli, to na Zamku w Lublinie zamknęli i na wschód tych wszystkich więźniów wywieźli. Żeśmy się w czasie powstania dowiedzieli, że ich pozabijali.
Wie Pani, bo z początku, jako młody, to tam tylko komuna, komuna, komuna. Tam specjalnej awersji do nich nie miałem. Tutaj ludzie spokojnie żyli. Nie wiedzieli, co to są komuniści, co to są Rosjanie. Myśmy się specjalnie historią wschodnią nie interesowali. Myśmy się interesowali Niemcami.