Nazywam się Leon Płaczkowski. Urodziłem się 29 lipca 1930 r. w Potulinie. Mój ojciec, Wojciech, brał udział w Powstaniu Wielkopolskim. Pracował u Stachowiaków przy krowach.
Do Smoguleckiej przeprowadziliśmy się przed wojną.
Przed wojną skończyłem 2 klasy szkoły. We wojnę, jak weszli Niemcy, to uciekaliśmy do Żnina końmi hrabioskimi i po 2 tygodniach wróciliśmy. Byliśmy niedaleko Mogilna. Na jednym wozie jechały 2 rodziny: Olejniczaków i my - Płaczkowscy.
Jak miałem 9 lat, w czasie wojny, za Niemca, to już musiałem pracować. Pieliłem, hakałem i wykonywałem lżejsze prace. Do szkoły nikt nie szedł, tylko do roboty. Po wojnie pracowałem w PGR w Smoguleckiej Wsi.
Zrobiłem kurs na traktorzystę w 1950 r. w Kwidzynie, a w 1973 r. na kombajn w Żninie. Na dożynki dostawaliśmy kiełbasę i wódkę. Na początku zabijano byka i dzielono między pracowników. Potem zakazano uboju.
Podczas wizyty Gierka w Chwaliszewie prezentowaliśmy koszenie kombajnami. Ja i Mulewski z Chwaliszewa. Gierek zwiedzał obory w asyście ochrony. A potem był poczęstunek w pałacu.
Gdy odchodziłem na emeryturę w wielu 60 lat (1990 r.) dostałem zegar wiszący METRON, który działa do dziś.
Żonę poznałem, gdy przyjeżdżała to do pracy. Ślubowałem w Chojnie, skąd żona pochodziła. Było to 21 listopada 1954 r. Po ślubie zamieszkaliśmy w Smoguleckiej, gdzie pracowałem. Urodziło nam się 8 dzieci: Wojtek, Rysiu, Andrzej, Józiu, Marek, Ania, Tomek i Ula. Niestety Andrzejek zmarł jak był mały. Dziś mam 39 wnuków i 38 prawnuków.
Wspomnień wysłuchała: Lucyna Lewandowska