Prezentuję wspomnienie autorstwa pani Marii Płókarz (z d. Karolak), przekazane na ręce personelu Przedszkola Miejskiego w Kcyni w 2015 roku. Autorka w chwili obecnej ma 95 lat. Ku mojej radości wyraziła zgodę na publikację swojego wspomnienia na łamach Dźwiękowego Archiwum Kcyni. Dziękuję rodzinie pani Marii za pomoc w udostępnieniu wspomnień.
Justyna Makarewicz/Dźwiękowego Archiwum Kcyni
Zachowano pisownię oryginału.
Pierwsza miłość nie rdzewieje, czyli wspomnienia początkującej nauczycielki z pracy w kcyńskim przedszkolu
Kiedy jakiś czas temu przeglądałam stary album ze zdjęciami, uwagę moją przykuła fotografia upamiętniająca pierwsze lata mojej pracy pedagogicznej. Przedstawia ona kilkudziesięcioosobową grupę przedszkolaków oraz personel.
Podpis na odwrocie zdjęcia ("Kcynia, 22 lipca 1950") nie pozostawia złudzeń - od jego wykonania minie wkrótce 65 lat! Dzieci z fotografii mają obecnie ok. 70 lat i pewnie wielu z nich jest dziadkami, a może i pradziadkami. W mojej pamięci pozostały jednak nadal kilkulatkami. Niektóre z nich pamiętam z imienia lub nazwiska (trójkę rodzeństwa Pezackich, dwie siostry Skrzypczakówny, Dobrzyńskiego, Krzyżanowską, Kosznik czy Halinkę lub Bożenkę Nowak), inne - z twarzyczki.
Przed budynkiem Przedszkola w Kcyni, 22 lipca 1950 r. Dzieciom towarzyszy ówczesny personel przedszkola: od lewej stoją: p. Maria Karolak - wychowawczyni, p. Marta Marczak - kierowniczka, p. Wachowiak - kucharka ora p. Górecka - niania i sprzątaczka
Kcynia - miasteczko ładnie położone na wzgórzu (teraz jeszcze piękniejsze) - jest mi szczególnie droga. Tu się urodziłam, tu skierowałam (po trzymiesięcznej "drodze przez mękę") swoje pierwsze zawodowe kroki po ukończeniu szkoły dla wychowawczyń przedszkola w Toruniu. W styczniu 1950 roku otrzymałam z Wydziału Oświaty w Szubinie skierowanie do pracy w Kcyni, poproszono mnie jednak, abym przez miesiąc pracowała w Szubinie w zastępstwie za chorą koleżankę. Cóż było robić - zgodziłam się, choć miejscowe przedszkole było jeszcze w powijakach, a warunki mieszkalne dla wychowawczyń były wręcz tragiczne (nie będę ich szczegółowo opisywać, wspomnę tylko o nieogrzewanym mieszkaniu i użyczonym przez kogoś sienniku zamiast łóżka). Zastępstwo przedłużyło się do trzech miesięcy, ale nadzieja na lepszą przyszłość podtrzymywała mój zapał. I nie zawiodła mnie.
Wiosną przeniosłam się do przedszkola w Kcyni jak do ziemi obiecanej. Piękny budynek, pomieszczenia jasne, obszerne, z mnóstwem pomocy dydaktycznych, sala gimnastyczna wyposażona w drabinki, ławeczki, leżaki, przyrządy do ćwiczeń; nawet fortepian był do dyspozycji. I, co najważniejsze, ogrzewany budynek! Choć używano do tego celu pieców kaflowych, lecz systematycznie ogrzewano wszystkie sale poza gimnastyczną. W mojej radości zdała się uczestniczyć również przyroda - w przyległym do przedszkola sadzie właśnie kwitły drzewa owocowe.
Piętro budynku, w którym mieściło się przedszkole, tzw. pastorówki, zajmowały trzy siostry zakonne, służebniczki NMP z Pleszewa, które po wojnie prowadziły tu ochronkę, a teraz zostały pozbawione tego zajęcia. Na potrzeby przedszkola przeznaczono cały parter. Mieściły się tu trzy sale dla dzieci, pokój dla wychowawczyń i sanitariaty. Szatnia znajdowała się na korytarzu, a kuchnia z zapleczem w piwnicy. Kierowniczką przedszkola była w tym czasie pani Marta Marczak, pełniąca również obowiązki wychowawczyni, a personel techniczny stanowiły pani Wachowiak - kucharka i pani Górecka - niania i sprzątaczka.
Zajęcia tzw. obowiązkowe odbywały się przy stolikach w jadalni. Dzieci mogły malować, lepić, wycinać, wykonywać prace plastyczne różnymi technikami, gdyż kcyńskie przedszkole było świetnie wyposażone. Przedszkolaki miały do dyspozycji nie tylko znaczne ilości materiałów papierniczych (bloki rysunkowe, bibułki karbowane i gładkie), pędzelki różnej wielkości, naczynia do wody, farby, kredki, ale też były zaopatrzone w fartuszki i zarękawki chroniące ubranie przez zabrudzeniem czy ściereczki do sprzątania. Dzieci mogły się bawić do woli, gdyż w placówce nie brakowało różnego rodzaju gier, plansz i przyborów gimnastycznych. Co mnie szczególnie zadziwiło, to różnorakie pomoce do oznaczania grup dzieci podczas zawodów czy konkursów - kolorowe tasiemki, emblematy, plakietki z cyframi. Według mnie, żadne inne przedszkole w powiecie nie było tak wyposażone jak kcyńskie (w kilku przedszkolach byłam w późniejszych latach). Może były to zbiory jeszcze przedwojenne, a może skrupulatnie gromadzone przez siostry służebniczki. Tego nie wiem. Po tak długim czasie trudno mi wymienić wszystko, co było do naszej dyspozycji, pamiętam jednak swój zachwyt na widok meblościanki zapchanej różnymi przyborami. Dodatkowo bardzo cieszyła mnie możliwość korzystania z instrumentu, gdyż bardzo lubiłam śpiew i muzykę. I choć grałam tylko ze słuchu, przygrywałam dzieciom, jak umiałam, np. "Zasiali górale owies", a one chętnie bawiły się przy muzyce w pięknej sali gimnastycznej. A kiedy pani Leitgeberowa (pełniąca wówczas funkcję inspektora w wydziale oświaty) zaprezentowała w szkole zajęcia umuzykalniające z wykorzystaniem elementów tańca (przygotowała zabawę do piosenki "W naszej wiosce uciechy, oj, niemało to będzie"), podchwyciłam ten pomysł i zaczęłam często stosować tę formę zajęć muzycznych.
Na początku lat 50. do przedszkola zapisanych było ok. 60 dzieci. W zależności od wieku przydzielane były do jednej z dwu grup: starszaków (5- i 6-latki) lub maluchów (3- i 4-latki). Początkowo placówka była otwarta do godz. 14.00, dopiero z czasem przedłużono godziny pracy do 17.00, co wiązało się z nielubianym przez dzieci leżakowaniem, czyli poobiednim odpoczynkiem. Podczas wakacji przedszkole było nieczynne. Organizowano wówczas dla dzieci tzw. półkolonie (najczęściej w szkole).
Po dwóch latach mojego pobytu w Kcyni władze oświatowe przydzieliły do pracy pedagogicznej "świeżo upieczoną" maturzystkę, Halinę Dejewską (pewnie też z zamiarem podniesienia prestiżu przedszkola), mnie zaś wysyłano do pracy w różnych miejscowościach - na zastępstwo lub do nowo otwieranych przedszkoli, pewnie po to, by je "rozkręcić". I choć w każdej placówce - czy to przedszkolnej, czy szkolnej - wykonywałam swoją pracę z pełnym zaangażowaniem i entuzjazmem (zawsze marzyłam o tym, by zostać nauczycielką), to szczególnym sentymentem darzę miejsce mojej pierwszej pracy - Kcynię i kcyńskie przedszkole.
Autorka: Maria Płókarz (z domu Karolak), lat 85
Gdańsk, kwiecień 2015
Zdjęcia: Z archiwum Marii Płókarz
Podpis na odwrocie zdjęcia: Kcynia w maju 1951 r.

