24 - 05 - 2026
Ja wiem, Mamo, wiem ile troski,
W każdy dzień, chwilę chwilę włożyć trzeba,
Ile pracy, aby z gałązki,
Wielkie, piękne wyrosły drzewa.
Ale kiedy będę już duży,
Kiedy będę miał silne dłonie,
To ja Ciebie, tak jak krzew róży,
Od burz i od wichrów osłonię
Tadeusz Kubiak
Przez wiele lat w swoim zawodowym życiu omawiałam ten sympatyczny wiersz, przygotowywałam jego recytację z okazji uroczystości Dnia Matki. Czasem myślałam o relacjach między dziećmi i ich rodzicami,
czasem zastanawiałam się nad stosunkiem mojej Trójki do mnie, ale chyba nigdy głębiej nie rozważałam tego problemu wobec własnej mamy. Była blisko, w miarę swoich sił
uczestniczyła w moim nawet dorosłym, rodzinnym życiu, mogłam na jej serdeczną przychylność i zrozumienie liczyć.
Dziś jednak, kiedy dobijamy do drugiego brzegu życia może warto wspomnieć, jak realizowaliśmy słowa wiersza „To ja Ciebie, tak jak krzew róży, od burz i od wichrów osłonię”.
Kiedy, w latach pięćdziesiątych, mieliśmy po 16-17 lat najczęściej pod osłoną głębokiej nocy aroganccy ubowcy załomotali do drzwi, oznajmili rodzicom, że wychowali bandytów i nie bacząc na rozpacz mam,
zabrali nas i wywieźli, nie podając informacji dokąd, ani na jak długo opuszczamy rodziny.
Wiemy, że podwaliny do podjęcia walki o niepodległość wynieśliśmy przede wszystkim z rodzinnych domów, ale też zdajemy sobie sprawę,
że z naszym aresztowaniem zaczął się dla naszych bliskich, głównie dla mam, koszmar, który trwał wiele lat.
Już na drugi lub trzeci dzień, marznąc w celach UB, dowiadywaliśmy się, że przyjechały i stały godzinę lub dłużej i prosiły o widzenie, przyjęcie ciepłej odzieży i środków higienicznych.
I choć nic nie załatwiły,
to w następnych dniach znowu przyjeżdżały pod gmach Urzędu Bezpieki z nadzieją,
że coś osiągną. Myślę, że o przewiezieniu nas do więzienia dowiedziały się z wysłanych pierwszych listów i wtedy znów, nie szczędząc sił i środków,
starały się o widzenia i przywoziły żywnościowe paczki.
Nie wiem, skąd dowiedziały się o rozprawie, ale już dużo wcześniej przyjechały, aby zobaczyć, jak nas przywożą
i cały czas towarzyszyły w tym mrocznym spektaklu Sądu Wojskowego.
Ferowane, wysokie wyroki, przyjęły w smutnym, pełnym godności milczeniu. Aby nie dać satysfakcji oprawcom nie płakały, nie prosiły o nic,
choć przeżywały boleśnie i rozprawę i wyroki przekreślające nasze kształcenie,
nasze młodzieńcze życiowe plany.
Nie było też możliwości na osobistą rozmowę, na przytulenie, a nawet uścisk dłoni.
Jak pisklęta przedwcześnie wyrwane z rodzinnych gniazd musieliśmy pokonywać różne przeszkody związane z życiem za więziennym murem i kratą.
Ogromnym pocieszeniem i bodźcem do walki o przetrwanie były listy i widzenia.
Czekaliśmy co miesiąc, aby przez chwilę spotkać się z MAMĄ, coś próbować powiedzieć „o dobrym zdrowiu i samopoczuciu”, o coś pytać, ale nade
wszystko zobaczyć, choć za podwójną kratą, ukochaną twarz.
Wiedzieliśmy, że aby do takiego spotkania doszło, Matki często pokonywały setki kilometrów bez względu na czas podróży, własne słabości i kapryśną aurę, głównie w okresie zimy.
Nie skarżyły się na zgotowany im los, a nikt z nas nie wyobrażał sobie, aby je z tego obowiązku zwolnić. I choć często po powrocie z widzenia bardziej tęskniliśmy,
to wiedzieliśmy, że ten kontakt jest balsamem koniecznym do przetrwania.
A przecież często z rodziny kary odbywało więcej niż jedno dziecko. Wiem, że poza Marysią Duliniec, koleżanką z Fordonu, w Rawiczu i Strzelcach Opolskich
odbywali wyroki jej starsi bracia: Czesław i Janek,
że poza Krysią Polcyn siedział w Koronowie jej starszy brat Tadeusz, że Danusi Kołtuńskiej rodzice po odwiedzinach jej w Fordonie, wyruszali w daleką podróż do Jaworzna,
gdzie czekał młodszy brat Wojtek. I można by tak długo wymieniać, aby ukazać skalę problemów ,,zafundowanych" naszym bliskim przez stalinizm.
Skąd brał się ten hart ducha i wytrwałość?
Myślę, że najważniejsze to: rodzicielska miłość, modlitwa, wiara, że z pomocą Bożą my przetrwamy i przyjaźń z innymi matkami w podobnej sytuacji.
Zresztą po opuszczeniu więzienia też często przez dłuższy czas, mimo dorosłości, pozostawaliśmy na utrzymaniu rodzin, bo piętno WROGA bardzo utrudniało znalezienie pracy,
zdobycie wykształcenia, zawodu, samodzielności.
Uważam, że to wszystko, co zawdzięczamy rodzinom, a przede wszystkim Mamom, zasługuje na dozgonną wdzięczność.
Niech kwiatek, zapalona świeca na mogile z okazji Dnia Matki 26 maja, a także chwila rozmowy w milczeniu będą skromnym dowodem naszej miłości, przywiązania
i wielkiego szacunku.
Tekst: Maria Kowalska
Zdjęcie wykorzystane na okładce pochodzi z archiwum Wojciecha Niedźwiedzińskiego
P.S.
Matka jest pierwszą przewodniczką w życiu każdego z nas, niech więc wiersz napisany przez koleżankę z celi ,,małolatek" śp.Tereskę Kossek- Orlik będzie hołdem dla mamy poetki
oraz wszystkich naszych Matek.
List do Matki
Do Ciebie, Mamo,myśl ma biegnie stale
I serce z bólu łka...
Jak tu się tęskni, chyba nie wiesz wcale,
O Matko, Mamo ma.
Czy wiesz, że więzienie to grób dla człowieka?
Tu tylko we śnie widzę oczy Twe.
Lecz harde serce Polki litości nie czeka
I za Twą dumę więcej kocham Cię.
Wiem, że drżysz nieraz, droga Mamo z lęku,
Że z duszy ku niebu wyrywa się skarga,
Lecz usta żadnego nie wydadzą jęku,
Bo są jak lira, gdy ktoś struny starga.
Do Ciebie, Mamo, zza krat płyną słowa
I lecą w błękity jak piosnka tułacza,
Tęsknota ma wielka... O Mamo, bądź zdrowa,
I wiedz, że serce choć małe, nigdy nie rozpacza.
Nie znoszę litości ni życia w niewoli,
Lecz wolę więzienie niż życie w przemocy.
A gdy myślę o Tobie, wtedy serce boli
I tak jakoś dziwnie w piersiach się trzepoce.
Modlę się co dzień, twarz łzami zalana,
By móc ucałować Twe ręce,
By przed Tobą, o Mamo, klęknąć na kolana
I złożyć siebie za trudy w podzięce.