16 marca br. w cyklu "Ciekawość świata" rozmawialiśmy z autorką książki "Poniemieckie", panią Karoliną Kuszyk. Materialne ślady obecności Niemców, przedmioty, które pozostały na tym terytorium dłużej niż ich właściciele - ten temat zajmował nas w trakcie spotkania. Filmowy zapis rozmowy można odnaleźć w profilu Dźwiękowego Archiwum Kcyni na portalu społecznościowym Facebook.
Poruszyliśmy również kwestię powojennych losów przedmiotów codziennego użytku, książek, mebli, pomników, budynków. Czy słowo gwałt zarezerwowane jest dla istoty żywej? - zastanawia się autorka "Poniemieckiego" -Czy można powiedzieć, że zgwałcony został przedmiot - stare pianino, w które wali się tak długo, aż odlecą klawisze, albo szafa porąbana na opał, albo dom opuszczony jesienią, gdy pierwsze deszcze zaczynają przeciekać przez dachówki?1 Wskazuje, że stosunek osób osiedlających się na Ziemiach Odzyskanych do pozostawionych przez Niemców rzeczy nie był jednorodny. Byli tacy, którzy metaforyczne "wymiatanie poniemieckiego" traktowali dosłownie, usuwając wszelkie znaki obecności poprzednich właścicieli, zarówno w przestrzeni prywatnej, ograniczonej do czterech ścian, jak i publicznej. Byli także tacy, którzy protestowali przeciwko niszczeniu starych księgozbiorów, dokumentów i map, widząc w nich cenny zabytek, świadectwo historii lokalnej danego miejsca. Część uczestników naszego spotkania w komentarzach wyrażała ubolewanie, że poniemieckie przedmioty spotkał taki los. Pan Stefan pisze: Ileż dzięki tej książce Pani Kuszyk wróciło wspomnień o naszym poniemieckim domu! I jak bardzo żal, że nie mając znajomości rzeczy, bo byliśmy mali, pozwoliliśmy na zniszczenie!
Warto jednak zauważyć, że dzięki szabrownikom, osobom, które z centralnej Polski przyjeżdżały na tereny ziem zachodnich i dokonywały zaboru pozostawionego przez Niemców mienia, rzeczy "poniemieckie" trafiały także i do innych domów. Być może taki jest rodowód wielu przedmiotów znajdujących się w domach Mazowsza czy Małopolski. Być może w taki sposób moi Dziadkowie, mieszkający na mazowieckiej wsi, nabyli przedwojenny oleodruk - obraz patronki Piekar Śląskich - Matki Boskiej Piekarskiej i inne "ręcznikowe" obrazy religijne, o historii których pisze także pani Karolina Kuszyk w swojej książce. Jezus modlący się na Górze Oliwnej, Jezus przechadzający się wśród łanów zbóż - te obrazy towarzyszyły mojemu dzieciństwu i chwilom spędzanym w domu Dziadków, wisiały na solidnymi drewnianymi łóżkami, w których jako dzieci spaliśmy podczas wiejskich wakacji.
Dotarło do mnie z całą jasnością, że zajmowanie się poniemieckimi artefaktami wymyśliłam sobie z chęci przywrócenia tego, co już nigdy nie wróci, bo właśnie z poniemieckiego utkana jest materia mojego dzieciństwa - przyznaje Karolina Kuszyk, opisując okoliczności, w jakich obraz z mieszkania babci trafił do jej domu.2 Taka konstatacja jest bliska wielu z tych, których dzieciństwo przebiegało w "poniemieckiej" powojennej rzeczywistości - zarówno tym, którzy przyszli na świat w kilka lat po wojnie, jak i tym, którzy przyjechali w te strony jako małe dzieci, towarzysząc przesiedlonym z Kresów rodzicom. Doświadczenie życia w nieswoim domu nie może być dzielone z rówieśnikami zamieszkującymi inne częściach kraju. Autorka ma tego świadomość. Takie wspomnienia z dzieciństwa są wspólne dla osób zamieszkujących ziemie zachodnie, w terminologii obowiązującej w czasie PRL: Ziemie Odzyskane, pradawne ziemie piastowskie. (O uczuciu niewłaściwości - fragm. książki Karoliny Kuszyk, s. 12 i n.). Ich opowieści są niezrozumiałe dla osób, których dzieciństwo mijało w centralnej Polsce - tutaj próżno było szukać śladów 'obcych' - jedynie architektura pożydowskich miasteczek czy zapuszczone żydowskie cmentarze mogły podpowiadać dociekliwym, że przed wojną ziemie te nie były narodowościowo jednorodne.
Mieszkańcy gminy Kcynia, znajdującej się przez ponad 120 lat na terenie zaboru pruskiego, także współdzielą podobne, choć nieco odmienne z uwagi na przeszłość historyczną tych ziem, doświadczenia. Inne są udziałem potomków przedwojennych mieszkańców Kcyni, inne tych, którzy przybyli tutaj po zakończeniu II wojny światowej. Polakom mieszkającym w Kcyni niemieccy sąsiedzi towarzyszyli przez wieki. W wyniku rozstrzygnięć powziętych na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku Bydgoszcz i region bydgoski zostały wcielone do Prus. Skutkowało to sprowadzaniem kolonistów niemieckich, którzy osiedlali się w Kcyni i okolicy. Jak wskazuje Barbara Janiszewska-Mincer, okres Wielkiego Księstwa Poznańskiego oznaczał degradację Kcyni jako ośrodka administracyjnego (od końca XVI wieku stolicy powiatu kcyńskiego w województwie kaliskim, siedziby sądu grodzkiego): Podziały administracyjne dokonane po pierwszym rozbiorze i w czasach Księstwa Warszawskiego skasowały dawny powiat kcyński, a miasto znalazło się teraz na peryferiach innych powiatów.3 Wiele decyzji władz zaborczych, wbrew wcześniejszym obietnicom, zmierzało do prześladowania i defaworyzacji Polaków (by wymienić kasatę zakonu karmelitów w Kcyni, zakaz nauczania religii w języku polskim, kary cielesne za używanie mowy polskiej w szkole czy działalność Komisji kolonizacyjnej). Miejscowi Polacy dawali wyraz swoim uczuciom, biorąc udział w patriotycznych wystąpieniach, czy to na terenie Wielkopolski (Wiosna Ludów, strajk dzieci), czy dołączając do patriotycznych zrywów w innych częściach kraju (takich jak np. Powstanie Styczniowe). Mieszkańcy Kcyni, którzy ukończyli szkołę w czasie zaboru pruskiego, posługiwali się w mowie i piśmie językiem niemieckim, co miało okazać się przydatne w czasie II wojny światowej. W okresie II RP na terenie powiatu szubińskiego działali przedstawiciele mniejszości niemieckiej, przejawiający aktywność polityczną (tacy jak Georg Busse, właściciel majątku Tupadły, był senatorem I, II i III kadencji) i społeczną, koncentrującą się wokół działalności ziemiaństwa czy też członków parafii ewangelickiej w Kcyni i innych miejscowościach. Działalność ta obejmowała także przygotowania do przyszłych działań zbrojnych i wynikała z rewizjonistycznych postaw społeczności niemieckiej - właściciel majątku Grocholin Hans Freiherr von Rosen organizował kursy dla dziewcząt, które zostały zakazane przez władze polskie z uwagi na ich narodowosocjalistyczny charakter.
Koegzystencja z mniejszością niemiecką trwała do początku lat 50., gdy ostatni Niemcy opuścili Kcynię. Okoliczności podjęcia decyzji o styczniowej ewakuacji niemieckiej ludności cywilnej i ucieczki przed zbliżającymi się wojskami sowieckimi, a także szczegóły dotyczące warunków panujących w obozach internowania, w których przetrzymywani byli powracający z ucieczki Niemcy przedstawia Witold Stankowski w artykule Spojrzenie na niemiecką ludność miasta Kcyni po drugiej wojnie światowej. Wskazuje on, że rok 1950, zamykający formalnie akcję wysiedlenia ludności niemieckiej z ziem polskich, nie może oznaczać definitywnego wyeliminowania tej narodowości ze społeczeństwa polskiego.4
Materialne dowody "poniemieckiego" do dziś widoczne są w przestrzeni miasta i okolicy i składają się na nie:
- budynki użyteczności publicznej, które powstały w wyniku decyzji władz pruskich w okresie zaboru pruskiego - sąd (obecnie Przedszkole Miejskie w Kcyni), dworzec kolejowy, poczta, a także wybudowana ze składek mniejszości niemieckiej prywatna szkoła Albrecht Dürer Schule, (obecnie drugi budynek szkoły podstawowej przy ul. Bolesława Pobożnego);
- dworki, pałace, pozostałości gospodarczych zabudowań folwarcznych, spichrze, należące przez wojną do niemieckich właścicieli. Do ziemiaństwa niemieckiego należały majątki wokół Kcyni w Żurawi, Tupadłach, Dębogórze;
- cmentarz ewangelicki i nieliczne nagrobki, które przetrwały do czasów współczesnych;
- pozostałości cmentarzy ewangelickich przy okolicznych wsiach;
- przedmioty codziennego użytku, pozostawione przez Niemców w opuszczanych domach;
- przedmioty związane z kultem religijnym, należące do parafii ewangelickich;
- narzędzia rolnicze czy tzw. porcelanki (korki do butelek);
- zdjęcia, pocztówki, druki ulotne, książki, druki urzędowe (czasem wykorzystywane wtórnie, szczególnie w pierwszych miesiącach po wyzwoleniu, przez polską administrację).
Część osób uczestniczących w spotkaniu z panią Karoliną Kuszyk w komentarzach dzieliła się swoim doświadczeniem "poniemieckiego" i problemami z zakorzenieniem, z poczuciem przynależności terytorialnej. Pani Joanna zamieściła następujący komentarz: Zawsze mam problem z odpowiadaniem na typowe pytanie: a skąd w Polsce jesteś? Wychowałam się w Gliwicach, studiowałam i pracowałam we Wrocławiu, ale rodzina była z Kresów, więc nie miałam poczucia zakorzenienia w tych miejscach. Autorka "Poniemieckiego" wskazywała, że czytelnicy jej książki wciąż przysyłają rodzinne anegdoty, dzielą się historią przedmiotów, opowiadają o swoim osobistym odbiorze "Poniemieckiego". To też jest wielka siła tej publikacji - budzi w tych, którzy się z nią zetkną, potrzebę opowiedzenia swojej rodzinnej historii, w opisywanych przez Autorkę wątkach odnajdują podobieństwa do własnych doświadczeń. Widoczne to było także w trakcie naszego spotkania, wystarczy prześledzić komentarze uczestników. Pani Lidia napisała w komentarzu: Dzięki Pani książce odnalazłam obrazek z Aniołem Stróżem, który pamiętam z dzieciństwa, a który znikł z pola widzenia. Na szczęście był cały czas w rodzinnym domu, natomiast rodzice moi z pokolenia powojennego dziś nie pamiętają skąd on się w naszej rodzinie wziął. Teraz wisi w mojej sypialni.
Tematyka książki jest bliska doświadczeniom osób, które osiedlały się w Kcyni i podkcyńskich wsiach po zakończeniu II wojny światowej - stąd tak bardzo zależało mi na zaproszeniu do rozmowy autorki "Poniemieckiego". Co prawda nie mogliśmy skonfrontować kcyńskich doświadczeń w trakcie osobistej wizyty Autorki (z powodu pandemicznej rzeczywistości pozostała nam jedynie forma on-line), ale mam nadzieję, że któregoś dnia pani Kuszyk będzie mogła odwiedzić Kcynię.
Na teren obecnego powiatu nakielskiego trafili repatrianci z Kresów - zmuszeni do pozostawienia swoich domów i gospodarstw na ziemiach wschodnich II RP, które w wyniku decyzji mocarstw pozostały w granicach ZSRR. O swoich doświadczeniach opowiadali także Dźwiękowemu Archiwum Kcyni. Państwo Maria i Kazimierz Makarewiczowie z Iwna wspominali:
K.M. – Z początku bardzo ciężko, bo nic nie było. Jak myśmy tu weszli, to już wszystko było rozkradzione. Były dwie krówki, konik. Jak my weszliśmy, to jeszcze zebraliśmy trochę zboża. To co Niemcy zasiali, to żyto…, to myśmy zbierali. Jak myśmy tu przyszli, to był tu jeszcze ten Niemiec Seibelt.
M.M. – A u nas było tak, że jak przyjechaliśmy, to ojciec już był prędzej. Wchodzimy, ojciec leży na łóżku na słomie. Mógł dostać inne gospodarstwo, ale ojciec nie chciał ze wszystkimi. Mówił, że co sam zrobi, to będzie miał. Ani krowy nie było…, niczego nie było. Zanim objęliśmy gospodarstwo, to tu przed nami już pięciu było. Już nic nie było do zbierania. Mieliśmy jednego konia – kalekę. A przywieźliśmy sobie z Grybowa kózkę małą taką i kurkę. I tak po trochu. Jeszcze nie byliśmy zameldowani. Chodziłam w pole żąć, to dostałam litr mleka, jedzenie.5
Pani Maria Kowalska, która wraz z rodzicami przybyła z Czortkowa, wspominała: Załadowani byliśmy w bydlęce wagony. Bardzo to przypominało film "Sami swoi". Ta moja podróż była taka jak tych "Samych swoich", z tym, że oni mieli wagon kryty, a my mieliśmy otwarty. Taką węglarkę, w której było kilka rodzin plus krowa i plus mój kochany pies Migdał. Bo uprosiłam ojca, że nie zostawię go.6 Pani Wanda, reagując na wstawioną na fanpejdżu Dźwiękowego Archiwum Kcyni pocztówkę z początku XX w., przedstawiającą kamienice w Kcyni z niemieckimi szyldami wspominała: W latach 1963- 2007 moja rodzina mieszkała dokładnie po drugiej stronie rynku i z okien widzieliśmy te kamienice. Pamiętam, że po ulewach, spod farby elewacyjnej wychodziły rozmazane napisy...
Wydawać się może nieprawdopodobne, by po 76. latach od zakończenia II wojny światowej możliwe było znalezienie "poniemieckiego". A jednak. Znamy historie o zdjęciach ukrytych na strychu, zatkniętych za belkę dachu, dokumentach schowanych przed wzrokiem tych, którzy nie powinni na nie trafić.
Ten prezentowany poniżej - Ausweiskarte für Volksdeutsche - znaleziony został niedawno, podczas remontu. Pan Mirosław Kasperek odnalazł dokument schowany za ościeżnicą drzwi wejściowych. Miejsce jest widoczne na zdjęciu poniżej.
Pan Mirosław przekazał znaleziony dokument Dźwiękowemu Archiwum Kcyni. Niestety, jak widać z załączonego poniżej zdjęcia, fotografia właścicielki Ausweiskarte nie przetrwała próby czasu. Jest zupełnie zniszczona. Nic też nie wiemy o dalszych losach posiadaczki Ausweiskarty. Czy uciekała z Kcyni w styczniu 1945 roku? Została dłużej? Rozważała powrót? Same pytania, bez odpowiedzi.
Dokument stanowi, że pani Emilie jest osobą narodowości niemieckiej. Został podpisany przez Starostę powiatu szubińskiego (Der Landrat des Kreises Schubin), wydany w Kcyni 18 marca 1940 r. Jak wynika z dokumentu, pani Emilie mieszkała w Helmsdorf (niemiecka nazwa miejscowości Mechnacz).
Na koniec chciałabym zaapelować do osób, które - czy to w toku prac remontowych, czy podczas przeszukiwania strychów i szuflad kredensów znajdą dokumenty, zdjęcia czy inne przedmioty związane z przeszłością - proszę o kontakt z Dźwiękowym Archiwum Kcyni. Opowiedzcie ich historię, podzielcie się opowieścią lub zaproście do poszukiwań - może wspólnie, z pomocą najlepszych na świecie fanów Dźwiękowego Archiwum Kcyni i możliwości, jakie stworzył internet odkryjemy nową, fascynującą historię.
Tekst: Justyna Makarewicz
Przypisy:
1 Kuszyk Karolina, Poniemieckie, Wydawnictwo Czarne 2019, s. 46.
2 Tamże, s. 196.
3 Janiszewska-Mincer Barbara, Kcynia w latach 1773-1919, w: Jastrzębski Włodzimierz (red.), Dzieje Kcyni i okolic, Kcynia 1993, s. 76.
4 Stankowski Witold, Spojrzenie na niemiecką ludność miasta Kcyni po drugiej wojnie światowej w: Żnińskie Zeszyty Historyczne nr 19, wiosna-lato 1996, s. 35 i n.
5 Fragment wywiadu z Marią i Kazimierzem Makarewiczami, przeprowadzonego w ramach zbierania materiałów do publikacji: Z archiwum pamięci - obraz Kcyni we wspomnieniach mieszkańców w 2012 roku.
6 Fragment wywiadu z Marią Kowalską, w: Z archiwum pamięci - obraz Kcyni we wspomnieniach mieszkańców, Kcynia 2012, s. 15.
Na zdjęciu okładkowym: grupa uczestników spaceru "Jesteśmy, dopóki pamiętacie" przed kaplicą rodziny Busse z Dębogóry, zdjęcie z 2019 r.
Zdjęcie dokumentu: Justyna Makarewicz

