14 lutego to nie tylko Święto Zakochanych, ale także od niedawna, Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Armii Krajowej, ustanowiony w rocznicę powołania (w 1942 r.) tej największej na okupowanych przez Niemców terenach podziemnej formacji zbrojnej.
Zapraszam do uczczenia obydwu uroczystości poprzez lekturę artykułu pani Marii Kowalskiej. Autorka w swoim tekście opowiada historię miłosną, która była udziałem żołnierza AK, pani Wiesławy Pajdak.
Justyna Makarewicz/Dźwiękowe Archiwum Kcyni
Miłość, podobnie jak życie
nie jest wygodnym
i spokojnym snem
lecz wielką, wspaniałą przygodą.
Andre Fayol
Wprawdzie mróz jeszcze doskwiera (tekst z 12.02.2012 r.), a świerki w moim ogródku przyodziawszy się w białą, śnieżną szatę wydają się być zadowolone z pogody, to rosnące za drogą szare, nagie klony, podobnie jak my, tęsknią już za wiosennym ciepłem, zielenią, słoneczkiem. Wszyscy w głębi duszy nucimy: "Przyjdzie wiosna, upojna, radosna..." i w miarę sił powędrujemy na dłuższe spacery, na działki, a może zrzuciwszy troszkę sędziwych lat powspominamy dawne, młodzieńcze wiosny.
Bardzo sympatycznymi miesiącami są: kwiecień i maj. Maj - taka króciutka nazwa, a tyle niesie pogody samo wymawianie tego słowa. Maj - to wiosna, to szczęście, to miłość i pewnie dlatego jest to miesiąc Maryi, czas obchodów kilku patriotycznych świąt, a w końcówce Dnia Matki. W naszej więziennej rzeczywistości wiosna też dodawała sił, choć jedzenie w tym okresie było marne - szczególnie źle wspominamy "zupy" z dorsza, suszonej kapusty i marchwi. O nowalijkach nie było mowy.
Właśnie w któryś wiosenny wieczór 1950 r. w celi na Wałach Jagiellońskich w Bydgoszczy uslyszałyśmy ciche pukanie w rury kaloryferów. Znałam alfabet Morse'a i odebrałam wiadomość. Rozmówcą okazał się Wenek Marciniak - członek niepodległościowej organizacjii "Szarotka", kolega siedzącej ze mna Maryli Mrzyk i narzeczony będącej w innej celi Danusi Kołtuńskiej. Początkowo rozmowa była trudna, bo trzeba było przyzwyczaić słuch do odczytywania stukanych liter, ale po kilku dniach byliśmy już specjalistami. Dla bezpieczeństwa wybraliśmy pseudonimy: Wenek - "Sokół", a ja "Słoń". Mimo różnych podchodów oddziałowych nie wpadliśmy, bo akurat ten kąt był poza zasięgiem "judasza", a bliskość drzwi dodatkowo ubezpieczała. I tak przez kilka miesięcy, najczęściej przed wieczornym apelem, przekazywaliśmy sobie wiadomości o kolegach z organizacji, a potem zwierzaliśmy się ze swoich marzeń, wolnościowych planów i tym podobnych. Przenosiliśmy się za kraty - do wolnego świata. Któregoś dnia rozmowy urwały się, gdyż Wenek z ośmioletnim wyrokiem został wywieziony do centralnego więzienia w Koronowie, a nas w połowie grudnia przetransportowano do Fordonu. W pamięci pozostał alfabet Morse'a, który pomagał oderwać się od otaczającej szarzyzny, a nawet zaprzyjaźnić się z kimś, kogo nigdy nie widzieliśmy.
Ten fragment więziennego życiorysu przypomniał mi reportaż w programie Pierwszym Polskiego Radia, w którym mówiono o pięknej więziennej miłości koleżanki Wiesławy Pajdak i Jerzego Śmiechowskiego. Z uwagą wysłuchałam tej wzruszającej historii o losach dwojga patriotów, których niestety, nie ma już wśród żyjących. Aby nie popełnić jakiegoś rzeczowego błędu sięgnęłam dodatkowo do "kopalni" wiedzy o więzionych w czasach stalinowskich kobietach - "Zawołać po imieniu" Basi Otwinowskiej i Tereni Drzal, a także do wspomnień i nekrologu w "Nike". Oto streszczenie tej wielkiej, wspaniałej przygody.
Wiesia - żołnierz AK ps. "Krystyna" po zakończeniu wojny rozpoczęła studia w Akademi Medycznej w Warszawie. W 1947 r. została aresztowana, a po 14 miesiącach śledztwa na Mokotowie zwolniona bez wyroku. I właśnie w tym bardzo trudnym areszcie za pomocą alfabetu Morse'a poznała i zaręczyła się z Jerzym więzionym w tym samym czasie w mokotowskiej katowni. Po wielu miesiącach śledztwa Wiesia wyszła na wolność i podjęła studia stomatologiczne. W 1950 r. została ponownie aresztowana, a po 7 miesiącach śledztwa skazana przez WSR w Warszawie na 6 lat więzienia. Wyrok odbywała w Grudziądzu. Więzienna miłość jednak przetrwała. Jerzy po wyjściu na wolność rozpoczął starania o zezwolenie na ślub, który odbył się w zakładzie karnym w Grudziądzu 9.04.1953 r. w obecności naczelnika więzienia. Świadkami tej ważnej, lecz skromnej uroczystości byli: ojciec Jerzego, który przemycił pod płaszczem bukiecik kwiatów i przypadkowa strażniczka. Szczęśliwy dla nich dzień to 2 maja 1953 r., kiedy to Wiesia na podstawie amnestii opuściła więzienie i moglil wreszcie razem rozpocząć wspólne życie. Dzielna dziewczyna ukończyła stomatologię i w tym zawodzie pracowała do przejścia na emeryturę.
Małżeństwo Śmiechowskich w tak niezwykłej sytuacji zawarte przetrwało ponad pół wieku. Było nie tylko trwałe ale i szczęśliwe, a także stanowiło dla wielu znajomych oparcie w trudnych momentach życiowych. Ze wzruszeniem wysłuchałam w reportażu ciepłych słów Jerzego, który z szacunkiem i wielką miłością mówił o żonie, a także przeczytałam na łamach "Nike" wypowiedź Wiesi już po jego śmierci: "Miała poczucie, że Bóg obdarzył ją tak szczodrze, że swą chorobę, która ją zmogła fizycznie, lecz nie zwyciężyła, przyjęła ze spokojem i niezwykłą odwagą."
Jest to piękny przykład wielkich, trwałych uczuć, które w życiu każdego z nas są i bardzo ważne, i bardzo, bardzo potrzebne. Może Bóg pozwoli z optymizmem i miłością przeżyć kolejną wiosnę - kolejny najpiękniejszy miesiąc maj i zanucić młodzieżową, harcerską piosenkę:
I znów zakwitły jabłonie,
Zielenią okrył się gaj
Świat cały w blaskach tonie,
po łące chodzi maj.
Autorka: Maria Kowalska
Tekst po raz pierwszy ukazał się w czasopiśmie Jaworzniacy - piśmie młodocianych więźniów politycznych lat 1944-1956. Rok XXIII, nr 5 (241).
Autorka wyraziła zgodę na jego publikację w Dźwiękowym Archiwum Kcyni
Fotografie użyte w kolażu: Justyna Makarewicz